poniedziałek, 9 września 2013

Sto dwudzieste urodziny naszej Mamy

Dziś, 9. września mija sto dwudziesta rocznica narodzin naszej Matki – Jadwigi z Markiewiczów Soleckiej. Nasza bardzo kochana, bardzo dobra i mądra Mama karmiła mnie i mojego starszego brata najbardziej odległymi od siebie opowiastkami z dzieciństwa. Na przykład z około 1905 roku, kiedy Jadzia była jeszcze małą dziewczynką (miała dopiero12 lat), pochodzi opowieść o tym, jak to siedzi sobie latem na balkonie w mieszkaniu na ulicy Browarnej, na warszawskim Powiślu, a z dołu dobiega odgłos dźwięcznego klekotu, jaki wydają końskie kopyta, uderzając o bruk. Po chwili spod balkonu wyłania się wataha kozaków, z karabinkami na plecach, i Mama myśli: „właściwie - po co żyć?” Droga myślenia była taka: kozacy to symbol carskiego terroru, rozpędzania manifestacji, wyłapywania ukrywających się ludzi, batożenia, rozstrzeliwania, symbol rosyjskiego panowania nad Polską; skojarzenia pojawiają się jak na zawołanie. Więc – po co żyć?

Żyła jednak osiemdziesiąt lat. Od Jej śmierci mięło zatem lat czterdzieści...

Na świat przyszliśmy (ja i brat) w Toruniu, gdzie nasz Ojciec pełnił urzędniczą funkcję w zarządzie miasta. Były to ciężkie czasy, wkrótce zaczął się wielki kryzys światowej gospodarki, który nie ominął także i Polski. Sławka urodziła Mama mając lat 31; mnie – w wieku lat 33. Niewiele od nas starsza córka bezrobotnego sąsiada Niemca – Erika -  przychodziła pomagać Mamie „przy dzieciach”. Śmiesznie mówiła po polsku. Jadała z nami obiady i chcąc na przykład powiedzieć: „no, zjedz wreszcie!”, tłumaczyła sobie idiom ze swojego języka i mówiła „no, zrób, co zjesz!”, co z kolei wywoływało kaskady śmiechu naszej Mamy. Często siadaliśmy „po turecku” we czworo na stole pod lampą, Mama czytała na przykład „Sierotkę Marysię...”, w czasie której to czytanki wszyscy (wraz z lektorką) płakaliśmy rzewnymi łzami, albo uczyła nas dni tygodnia, śpiewając:

Ksiądz mi nakazował, żebym nie całował aktorek,
a ja sobie muuuszę uradować duuuszę we wtorek, ta-ra-ra, we wtorek...!”

Potem szły nazwy kolejnych dni, a na zakończenie następowało totalne całowanie. Oczywiście, historia i tu się odzywała. Nasza mama opowiadała nam, jak to spędziła ostatni, głodny rok pierwszej wojny światowej na Lubelszczyźnie, gdzie uczyła wiejskie dzieci czytać i pisać po polsku. Tam pewnego dnia pojawili się Legioniści, którzy (oczywiście – w czasie zalotów...) uczyli tej piosenki Ją i Jej koleżanki. Jedną z najbliższych przyjaciółek Mamy była Zofia z Przybylskich Ossowska. Obie Panie - zgodnie z pełnymi miłości i opiekuńczości rolami, pełnionymi wzajemnie w swoich rodzinach - były nazywane ciociami: ciocia Zosia i ciocia Jadzia; nie dotyczyło to małżonków – nie byli wujkiem Stasiem, ani wujkiem Władziem. Natomiast najszczersza, prawdziwie braterska więź panowała w młodym pokoleniu. Było nas czworo: najmłodsza wśród nas Marysia Ossowska (później – Sędzikowska) i starszy o parę lat od Sławka Zdzicho. Otwierał On potem wśród nas listę poległych: zginął pierwszego dnia powstania. 

W latach wielkiego kryzysu i bezrobocia Rodzice wrócili do Warszawy i zamieszkaliśmy u Dziadków na Tamce, siedem osób w dwóch pokojach z kuchnią. Mama najpierw pracowała jako liczarka korków w żydowskiej fabryczce, potem została telefonistką w Elektrowni Pruszkowskiej. W ramach pracowniczych „przywilejów” uzyskała zainstalowanie w mieszkaniu na Tamce linii elektrycznej i ulgową taryfę... 

Biedna, kochana Mama. Nie miała lekkiego życia. Trudności materialne, kłopoty ze zdrowiem, dwie wojny, powstanie warszawskie, które przeżyła dwukrotnie zasypywana gruzem w piwnicy i które zadało cios straszliwy – zginął w nim 16. września 1944. ukochany, pierworodny, dwudziestoletni syn - Przemysław. Przypłaciła tę stratę parokrotnym wylewem krwi do mózgu, do końca życia nie odzyskała pełnej sprawności. Ojciec wrócił z eskapady wojennej w 1947 roku – po kampanii wrześniowej przeszedł internowanie na Węgrzech, Bliski Wschód, Tobruk, Monte Casino i demobilizację w Wielkiej Brytanii. Opiekował się Mamą troskliwie, aż do Jej śmierci w latach siedemdziesiątych. 
 

środa, 7 sierpnia 2013

Nasze ślady: drzewa

Nasze ślady: drzewa
Dwa pierwsze kasztany - z których wyrosły i przetrwały długie dziesięciolecia dwa piękne kasztanowce - posadziłem, mając piętnaście lat. Miało to miejsce w roku 1940, na ul. Zgierskiej, na warszawskim Grochowie, opodal ściany jednopiętrowego domku, w którym znajdowało się mieszkanko, gdzie zamieszkaliśmy po wysiedleniu z Tamki na Powiślu. Niemcy, wierząc w zwycięstwo, postanowili przeznaczyć tamte tereny na dzielnicę „nur fuer Deutsche”. Zwycięstwo, jak wiadomo, nie nastąpiło, a częste naloty bombowe na dzielnicę, położoną wokół trzech mostów przez Wisłę, kazały okupantom rychło zrezygnować z tych planów. Kasztanowce przetrwały wojnę i następnych lat kilkadziesiąt. Padły ofiarą dopiero wybudowanego w pobliżu kolejnego domu z garażem, do którego wjazd przebiega w miejscu, gdzie rosły.
Długo potem nie miałem okazji sadzenia drzew. W połowie lat siedemdziesiątych, a więc po przeszło trzydziestu latach, na działce przy letniskowym domku w Zalesiu Górnym założyliśmy – wraz z żoną Teresą – niewielki sad. Przed sprzedaniem działki posadziłem jeszcze przy furtce dwa piękne, srebrne świerki.
Następne drzewa sadziliśmy w latach 1985 – 1996 w Pogorzelcu nad Liwcem. Wybudowaliśmy tam najpierw dom, a potem – po jednej jego stronie wyrosły drzewa owocowe, w tym piękny wiśniowy sad, niczym u Czechowa, a po drugiej – kilkadziesiąt (!) sosen. Dziś więc zapewne od łąk nad rzeką dom osłania sad, a od drogi wyrośnięty, sosnowy zagajnik.
Kolejne okazje sadzenia drzew dawały następujące po sobie zmiany miejsc pobytu. W Milanówku zostały po nas liczne drzewa i, obrastające cały taras, winorośle, w Pruszkowie gęsto obsadziliśmy parterowy balkon naszego mieszkania, z widokiem na sadzawki.
Bardzo sobie to cenię, że w miejscach, gdzie żyliśmy, pozostają po nas nowe drzewa. I to nie tylko te, które wyrosły z sadzonek, kupionych u ogrodnika, ale i takie, które zostały uratowane od nieuchronnej zagłady, samosiejki, wyrastające w miejscach nie dla nich przeznaczonych, jak choćby owe sosny w Pogorzelcu.
Od dwóch lat sadzimy drzewa wokół domu w Ośnie Lubuskim, moim na pewno już ostatnim domu, w którym spędzam osiemdziesiąty ósmy rok życia. Udało mi się przesadzić, rosnące między „kocimi łbami” ulicznego bruku, dwie sadzonki: lipy i klonu. Dom nasz stoi tuż przy liczącym ponad sto lat parku, obsadzonym ogromnymi lipami; moja lipka, przesadzana, kiedy jej wysokość wynosiła tyle, co butelka od piwa, dziś przewyższa nawet moją wyciągniętą nad głową rękę. Jesienią jej korona będzie kształtowana na postać kuli, jak to było również z lipami w Milanówku. Posadzony o rok od niej później klonik – nie sięga jej nawet „do pasa”.
Opowiastkę o pozostawionych przez nas w siedmiu miejscach Ziemi śladach – drzewach, chciałbym zakończyć paroma, trochę mnie nurtującymi, pytaniami. Oto przesadzony na Boże Narodzenie ponad trzymetrowy świerczek został pozbawiony swego „czuba” - obrośniętego igliwiem pręta, sterczącego spośród otaczającej go najwyższej „kondygnacji”, rozłożonych w koło gałązek. Po paru miesiącach jedna z tych gałązek „przejęła funkcję” czuba, zmieniając swe położenie, czyli przyjmując postawę pionową, stercząc ku górze. Była to swoista erekcja, której nie wykonały jednak pozostałe gałązki, zachowując dotychczasowe położenie. Co wydało takie polecenie? Co wybrało tę, a nie inną gałązkę? Czemu służy czubek świerka, wskazujący nieboskłon? Co dyktuje taki, a nie inny, kształt rozwijającej się rośliny?
Kto wie – może zechce odpowiedzieć...

środa, 31 lipca 2013

Jak długo jeszcze ...

Jak długo jeszcze...


Pokolenie starców. Mój poległy w Powstaniu Brat w przyszłym roku miałby lat 90. Jak zwykła mawiać nasza Mama, która wiadomość o Jego śmierci opłaciła trzema wylewami krwi do mózgu i nieprzytomną troską o mnie - „pozostał wiecznie młody”. Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich – Edmund Baranowski jest starszy ode mnie o rok, a - na przykład - zmarły przed paru laty filozof Leszek Kołakowski był o rok ode mnie młodszy. Wspomnienie o Nim nasuwa mi pytanie – co decyduje o tym, że człowiek nie zatrzymuje się zbyt szybko w rozwoju intelektualnym, ale wyprzedza innych, wybija się na coraz wyższe poziomy myśli, refleksji, wiedzy. Może w Jego przypadku liczyło się to, że urodził się w Radomiu, że był wolny od powstańczej traumy. Dlaczego ja, żołnierz Powstania, ze świadomością przestrzeloną powstańczą tragedią, z przygniatającym poczuciem przegranej, klęski, krzywdy, niespełnienia – musiałem zatrzymać się tak wcześnie, przerwać na wiele lat studia, zatopić się w bieżącym życiu, a On parł myślą do przodu, jak łódź, rozbijająca przeciwne fale, gromadząc przemyślenia, pisząc, ucząc, walcząc o swoje racje...
W kolejną rocznicę Powstania mnożą się refleksje. Dziś mija rocznica sześćdziesiąta dziewiąta. „Okrągła” - siedemdziesiąta – da okazję do szczególnie obfitego wylewu komentarzy, tyle tylko, że gwałtownie się kurczą szeregi uczestników i naocznych świadków.
Poetka Anna Świrszczyńska w chwili sierpniowego wybuchu miała 35 lat, zmarła w wieku lat 75. W powstaniu była sanitariuszką, budowała barykady, zapamiętała. Chciałoby się, żeby każdy, kto przeczyta Jej słowa, usłyszy, co ona słyszała, zobaczy, co ona widziała. I niech powtarza za nią:


Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.


Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy.


Jej słowa są mściwe, złe, pełne potępienia. Nie wspomina o wykonawcach zbrodni, dokonanej na Mieście, sprawcach setek tysięcy śmierci. Jej gniew, żądanie refleksji i przysięgi: „Już nigdy więcej w dziejach narodu...” kierują się do tych, „co wydali pierwszy rozkaz”. Można wyliczyć ich po nazwisku, robią to historycy, ale też - jak czyni to Poetka – potępić. I ostrzec: jeśli z tych czy innych przyczyn ponosisz odpowiedzialność za losy kraju, narodu, nawet jeśli skutki twojej decyzji będą mniej doniosłe, niż „tych co wydali pierwszy rozkaz”, pamiętaj o skutkach... Gazeta, pisząc o rocznicy, daje tytuł: ” Ani żałoba, ani święto”. Ja bym powiedział i żałoba, i święto. Poległych.
Ileż to jeszcze lat przyjdzie mi żyć w roli - naraz – krytycznego świadka, rzeczowego dowodu, nie daj Boże sędziego.
Leszka Kołakowskiego wspomniałem nie bez powodu. Napisał On, a „Znak” wydał (i to dwa razy) książkę pod tytułem „Jeśli Boga nie ma...” Moim zdaniem jest to niedobra książka. Przede wszystkim Autor nie daje podstaw do sformułowania odpowiedzi na pytanie wynikające ze zdania warunkowego, zaczynającego się od „Jeśli...” Jeśli Boga nie ma - to co? To co z tego wynika? To co jest? Nie daje też kategorycznej odpowiedzi, a nawet wręcz nie dopuszcza pytania: czy Bóg jest? Takie ustawienie, a właściwie – zawieszenie - problemu wyklucza możliwość rozumowania, które jest mi najbliższe, a które można by sformułować w następujących niewielu słowach.
Wszystko, co istnieje, istnieje w naszej świadomości, jest odbiciem naszego intelektu, posługującego się zmysłami i tym, co one „postrzegają”, rejestrując jakże liczne informacje: temperaturę, odległość, dotyk, zmiany, jakie przynosi czas i wiele, wiele innych. Same pojęcia czasu, przestrzeni, kosmosu, materii, idei - są już efektem pracy ludzkiego intelektu, są więc względne; pojęcia te ulegają zmianom, bywają odrzucane, tworzone są nowe, odkrywane są te, które dotychczas były nieznane... Jest to więc nasz, ludzki świat. Jeśli nie ma obserwującego człowieka, nie ma i obserwowanego, przeżywanego, współtworzonego świata. Skąd w umyśle ludzkim takie niezwykłe zdolności, nieznane żadnemu ze znanych nam gatunków? A, Bóg raczy wiedzieć!
Niektórzy mówią, że jest to wynik niezwykle długiego rozwoju, poprzedzonego rozwojem gatunków, z których człowiek się wywodzi i ma z nimi wiele cech wspólnych, ponoć reliktów po przodkach. Miała też nastąpić gwałtowna i przemożna ingerencja w rozwój człowieka, wyróżniająca go z reszty świata. Pewien niedawno zmarły polski uczony twierdził, że była to ingerencja z kosmosu, że kosmici przekazali nam – ludziom pewne geny, których nie ma żaden z poprzedzających nas gatunków. Wskazywał nawet miejsce kosmicznej katastrofy na kontynencie afrykańskim, gdzie – jakoby – można znaleźć jakieś szczątki, zawierające te pozaziemskie geny.
„Wiara szuka rozumu”. „Boga nikt nie widział”. „Wierzę, bo jest to absurdem”. Są to wszystko sentencje (a jest takich wiele więcej) z fideistycznego, katolickiego zasobu myśli. Wiara szuka rozumu, żeby potwierdzić swoje „prawdy”, swoje „wierzenia”. Wiara jest łaską, kto jej nie dostąpił, ten nie ma wiary. Samo pojęcie „łaski” zakłada, że Ktoś jej udziela, tylko, że już ktoś inny, w imię Nieznanego, ją objawia. Więc „objawienie” - to dzieło człowieka. Wiara i rozum, to dwa odrębne pojęcia, z dwóch odrębnych porządków. Wiara, nadzieja i miłość. Rozum: religia albo ateizm. Doktryna, zasady, przykazania, reguły - lub ich odrzucenie, czy zmiana. I tak powinno pozostać: rozdzielone, rozłączne, choć wzajem dostępne, ale niezastępowalne dwa porządki: rozumu i emocji, uczuć i doświadczenia, sporu.
Ta pętla myślowa zawisła nad moją głową po klęsce Powstania, śmierci brata, utracie nadziei na zapanowanie porządku, w którym dobro, panuje nad złem, w którym jest Bóg, a ja mógłbym w Niego wierzyć. To już prawie siedem dziesiątków lat. Czy muszę dożyć spełnienia się siódmego?

niedziela, 28 lipca 2013

Partyzanckie wszy

Że Czesław Miłosz wielkim poetą był – to wiadomo. Że obok Reymonta i Szymborskiej figuruje wśród polskich noblistów – też nie nowość. Dzieci uczą się o Nim na lekcjach polskiego, a studenci na polonistyce. Nikt natomiast nie może wiedzieć - bo i skąd? - jakie to geograficzne przypadkowe zbiegi okoliczności wpisane zostały w życiorysy: wielkiego poety i... mój.
W poetyckiej twórczości Miłosza co najmniej dwa razy pojawia się Tamka, jako jedna z nielicznych ulic Warszawy. W latach przed wybuchem wojny mieszkał na Powiślu, w najbliższym pobliżu Tamki. Ja mieszkałem wręcz na tej ulicy, w zaułku, prowadzącym ku bramie klasztoru Sióstr Szarytek, tuż pod Skarpą Wiślaną.

Miłosz, który jest znany z niechęci w latach wojny do „spadkobierców sanacji”, do młodych, związanych z Konfederacją Narodu, poetów zwanych później „wyklętymi' , do Armii Krajowej i podziemnego państwa. Musiał nie mieć nawet kontaktów ze środowiskiem AK-owskim, bo wybuch powstania zastał go z żoną na ulicy Mokotowa, skąd schronili się na Okęcie. A ja właśnie na Okęciu zameldowałem się w „Domku Cytlinga” na ulicy Słowiczej; mój pułk – 7 pp AK „Garłuch” miał opanować lotnisko, moja kompania – atakować bloki, gdzie stacjonowali SS-mani i żołnierze Luftwaffe. Tylko, że broni nie mieliśmy...

Miłosz z Okęcia przeniósł się do podwarszawskiej wioski, gdzie przebył parę tygodni.

Ja, po kilkunastu dniach tragicznych i dramatycznych przeżyć, wyskoczyłem z niemieckiego pociągu i parę tygodni przebywałem także pod Warszawą, korzystając z opieki i łaskawej gościny u p. Pstrokońskiego w Olesinie, czy państwa Morawskich w Małej Wsi. Potem - via Kraków - znalazłem się w Topoli w Miechowskiem, gdzie, przebywający tam Mieczysław Podkowa rozpoznał mnie (przy pomocy obejrzanej Kennkarty) jako syna mego ojca, z którym stykał się przed wojną w Domu Akademickim na pl. Narutowicza w Warszawie. Jak się okazało, był oficerem AK, uwierzył, że złożyłem przysięgę w „Garłuchu”, że jestem kapralem po szkole podoficerskiej, po czym skierował mnie do oddziału we wsi Krzyszkowice, w gminie Wielgus.

Czesław Miłosz nawiązał listowny kontakt z Jerzym Turowiczem i resztę okupacji spędził w jego majątku Goszyce, w gminie Luborzyca, geograficznie rzecz biorąc, w połowie drogi między Krzyszkowicami, a Krakowem. Kiedy opisuje wejście oddziału sowieckiego po ruszeniu styczniowej ofensywy, widzę taką samą scenę, którą przeżywałem dwa, trzy dni wcześniej.

Wkrótce obaj, niemal w tym samy czasie, znaleźliśmy się w Krakowie. Ale tu geograficzne zbiegi okoliczności się kończą. Dała o sobie znać przepaść między losami świetnie ustosunkowanego i znanego już poety, a zaplątanego w AK-owskie ścieżki, zmieniające się gwałtownie w bezdroża. Miłosz pisał, wydawał, działał; w gronie literatów spotkał się z Bierutem, Osóbką- Morawskim i towarzyszącym im rosyjskim generałem. Wspomina w „Zniewolonym umyśle” jak to w Krakowie pracowali wraz z Jerzym Andrzejewskim nad scenariuszem w pomieszczeniu Warsztatu Filmowego Młodych, którego okna wychodziły na podwórko Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego: „Zauważyliśmy na parterze, w zakratowanych oknach, dużo postaci młodych mężczyzn (...) obserwowaliśmy ich, milcząc. Byli to, jak łatwo było odgadnąć, żołnierze armii podziemnej ...” Autor znakomitej „Biografii Czesława Miłosza” - Andrzej Franaszek stwierdza: „Trzeba przyznać, że jest w tej scenie coś złowrogiego. Dwaj pisarze, którzy w milczeniu przyglądają się niewinnym mężczyznom, zaludniającym więzienie powstającego państwa . Jeden z nich napisze wkrótce skłamaną książkę. Drugi przez sześć lat nie zdecyduje się na otwarty protest albo chociaż usunięcie się w cień. Będzie natomiast walczył o to, by wyrwać się z saka”.
 
utor „skłamanej książki” to Jerzy Andrzejewski. Sześć lat „walczył” o wyrwanie się z saka - Czesław Miłosz.

Kiedy, w przeddzień sowieckiej ofensywy, krążącemu po wsiach i okolicznych lasach oddziałkowi, trafiła się możliwość noclegu w chacie na słomie, obejrzałem w świetle ogarka zdjętą z siebie koszulę; roiły się na niej wszy. 
 

środa, 24 lipca 2013

Zaśpiew i echo

        Czesław Miłosz był jednym z nielicznych, wielkich poetów mojej młodości. Jednak wiersz, który obudził we mnie tak donośne echo, poznałem dopiero w bardzo późnej starości. Piękne „Przypomnienie” napisał Poeta w roku 1947, w Waszyngtonie, gdzie pracował na placówce dyplomatycznej komunistycznej Polski. Był za ten wyjazd i za tę służbę potępiany. Waszyngtońskie luksusy, na które zamienił ruiny popowstaniowej Warszawy – wypominano mu długo i namiętnie, niemal jako zdradę. A przecież miał prawo uwierzyć, że Jego młodzieńcze, lewicowe rojenia zaczynają się spełniać, członkowie Wileńskiego Klubu Włóczęgów i inni przyjaciele z lat młodości, choćby Stefan Jędrychowski, Jerzy Sztachelski czy Jerzy Putrament, pełnili już kluczowe funkcje w służbie tego reżimu i pomagali Miłoszowi przebić się aż za Atlantyk. Porzuci tę drogę za parę lat, kiedy pozbawiony paszportu, uzyska, dzięki pomocy innych osób z tej samej grupy, możliwość wyjazdu do Paryża i „wybrania wolności” - co zresztą, dzięki pomocy Jerzego Giedroycia, zaowocowało światowym bestsellerem i jedną z najważniejszych książek antykomunistycznych - „Umysłem zniewolonym”.
      Na razie jest jednak dopiero drugi rok nowego ustroju w Polsce, Miłosz pisze raporty dla władz i trochę tworzy. Końcowe lata okupacji, spędzone w Warszawie dały mu niejednokrotnie okazję do zademonstrowania nieprzychylnego stosunku do rządów Sanacji przed wojną, do jej spadkobierczyni - Armii Krajowej, tym samym do nieszczęsnego warszawskiego Powstania, a także do młodych poetów podziemia, nazwanych potem w powojennej polonistyce - „wyklętymi”. Jego poezje zawierają sformułowania, których do dziś nie zrozumiałem do końca i które budzą mój wewnętrzny opór. Oto na przykład ostatnia zwrotka utworu „Portret z połowy XX wieku”, napisanego w Krakowie w 1945 roku:
 
...”Rękę oparł na pismach Marksa, ale w domu czyta Ewangelię.
Z ironią patrzy na procesję wychodzącą z rozbitego kościoła.
Za tło ma ruiny miasta koloru końskiego mięsa.
W palcach pamiątkę trzyma po faszyście poległym w powstaniu.”

     Do dziś nie wiem – czy pełne potępienia określenie „faszysta”, którym szeroko wówczas szermowano przeciwko byłym powstańcom (a więc i mnie, czy mojemu poległemu bratu...), otóż czy określenia używa Autor, czy tylko wkłada je w usta nieciekawej postaci, portretowanej w tym wierszu?... Jeżeli tak – wypadałoby chociaż wziąć to słowo w cudzysłów... Dwuznacznie bowiem brzmi ta fraza.
W Waszyngtonie pisze nie o Warszawie, lecz o...Grecji, a ściślej biorąc o hitlerowskim desancie na Kretę w 1941 roku, jednym z najgłośniejszych epizodów II wojny światowej. Fascynujące opisy bitwy, lotu desantowych spadochronów, dramatycznych scen walk na ziemi - wszystko to wydaje się przypominać historię niedawno przez Poetę opuszczonej Warszawy. Pewnie to jednak tylko złudzenie, które rozbija do końca najpiękniejszy fragment tego wiersza, parokrotnie powtarzany zaśpiew:

...”I dróg napowietrznych
Sieć drżała napięta.
O Grecji, o Grecji
Któż tutaj pamięta”....

     Autor zresztą jednoznacznie podkreśla, że miał na myśli „prochu z urn greckich garstkę” więc domysły mogą być jedynie rzeczą czytelnika. Ten piękny wiersz na długo zatrzymał moją uwagę, kiedy wertowałem Miłosza w poszukiwaniu przykładów Jego stosunku do historii najnowszej własnego narodu. Aliści – nic nie mija beż śladu. W połowie 2012 roku (kiedy stan wzroku pozwalał mi jeszcze na czytanie tekstów na papierze) natknąłem się w numerze 118 kwartalnika „Zeszyty Literackie” na fragment świetnej książki Tomasza Łubieńskiego „Turnus” (Warszawa,2013, Wydawnictwo W.A.B.), też o Krecie”, ale współczesnej. Znalazłem tam opis wydarzeń wojennych 1941 roku, zatytułowany (chyba przez Redakcję?) „Bitwa o Kretę”, tak uderzająco zbieżny z poematem Miłosza, tak poetycki, wibrujący własnymi sformułowaniami wspólnej jednak wizji... Napisałem w liście do Redakcji (którego fragment wydrukowano w 119 numerze „Zeszytów Literackich”), że kiedy czytałem oba te teksty – Miłosza i Łubieńskiego, odnosiłem wrażenie, że jesteśmy w Rodzinie.

sobota, 20 lipca 2013

Same szóstki

Mieszkałem wówczas w dość ekskluzywnym, podwarszawskim miasteczku, gdzie poziom zamożności, a zatem i wymagań wobec otoczenia był znacznie wyższy niż średnia krajowa. Działała tam wówczas zarówno publiczna szkoła średnia, jak i prywatne gimnazjum oraz liceum, cieszące się, zresztą zasłużenie, dobrą sławą. Pewnego razu, bardziej szukając kontaktu z ludźmi i sensownego zajęcia niż zarobku, rozwiesiłem ogłoszenie: „Niemiecki – tłumaczenia, lekcje, korepetycje...”. Odebrałem parę zgłoszeń osób chętnych do korzystania z proponowanych usług, gdy oto rozległ się telefon, a w słuchawce głos osoby z dyrekcji prywatnego liceum;
- Niech pan ratuje nas, a raczej naszych uczniów ...
 
Okazało się, że dojeżdżająca z Warszawy młoda nauczycielka (jedna z dwóch uczących niemieckiego w szkole) nie wytrzymała napięć w stosunkach z uczniami i – po bardzo krótkim wymówieniu – przestała do miasteczka przyjeżdżać. Jedna z klas, lekcje niemieckiego wypadające pomiędzy innymi zajęciami, spędzała zgromadzona w klasie bez opieki nauczyciela. Co gorsza – tegoroczna matura dla osób zdających niemiecki – była zagrożona. No i reputacja szkoły... Jutro może Pan podjąć lekcje! - zakończyła.

Ależ, proszę szanownej dyrekcji, ja jestem dziennikarzem, a nie nauczycielem. Język znam od dziecka, pracowałem w krajach niemieckojęzycznych 10 lat, nawet parę razy już zajmowałem się uczeniem innych, ale – matura!?! 

Wszystkie przeszkody postanowiono pokonać, powołano mnie, za zgodą kuratorium, w skład komisji maturalnej – i rozpocząłem zajęcia. Z prowadzeniem lekcji w liceum nie było problemu. Wiele lat pracy w telewizji zapewniło mi dobrą wymowę i siłę przekonywania, zakres wymaganej do przekazania wiedzy był w podręczniku, młodzież wybuchami akceptującego śmiechu przyjęła moje niemieckie anegdotki i porzekadła...

- Widzę, że kontakt z młodzieżą nawiązał pan błyskawicznie – powiedział dyrektor, życzę powodzenia.

Rok szkolny szybko dobiegł końca, zaczęły się matury; w sumie przyjąłem i podpisałem protokoły egzaminów dojrzałości trzech roczników. Na jednym z nich prowadziłem sprawdzian wiedzy dziewczyny, popularnej w szkole i znanej w miasteczku; mieszkała z rodzicami parę lat w NRD, więc dogadać się z nią po niemiecku można było bez trudu. 

Zadzwoniła do mnie znana mi osoba z dyrekcji. „Jak tam (powiedzmy) Małgorzatka?”

Ponieważ Małgorzatka, oprócz znajomości mowy potocznej, wykazywała „pewne” braki w gramatyce, nie mówiąc o literaturze, więc mówię - „Czwórka".

- Ależ, panie psorze, jej rodzice są wielkimi dobroczyńcami naszej szkoły, to jedni z najbogatszych ludzi u nas...
- No, to niech będzie piątka...
- Ależ, panie psorze, ona musi mieć same szóstki.
- To niech pani jej da, ale proszę zapisać, że jeden członek komisji wstrzymał się do głosu. 

Był to przecież mój ostatni rok pracy w szkole. Obecnie, po paru latach, rozglądam się dookoła i widzę, że uczniowie różnych szkół, mimo, że mają zadowalające stopnie – nie umieją z niemieckiego nic. Moja wnuczka uczyła się tego języka w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie SZKOŁY PODSTAWOWEJ. Zna może 10 słówek. Od klasy czwartej będzie już angielski.
 

piątek, 19 lipca 2013

Ilona

Pani M., dziedziczka jednego z największych nazwisk w I Rzeczypospolitej, córka zamożnych ludzi, między innymi właścicieli pięknej willi w Szczawnicy, była szczęśliwą małżonką młodego oficera, któremu w pierwszych latach małżeństwa powiła córeczkę. Aliści na „teatrum” pojawił się bardzo przystojny, postawny i cieszący się nieprzeciętnym powodzeniem u dam – młody lekarz, pan A. Pani M. rzuciła dla młodego lekarza młodego oficera, który nie zniósł tego ciosu i strzelił sobie w głowę. Nie pozbawił się jednak życia, a jedynie stracił wzrok. Przeniósł się potem do Wielkiej Brytanii, gdzie spędził resztę życia. Państwo M. i A. zawarli małżeństwo i spłodzili drugą córeczkę, której dali imię Ilona.

Wybuchła wojna, pan A. spędził kampanię wrześniową w szeregach jako wojskowy lekarz i - jak wielu – przedarł się do Anglii, gdzie natychmiast zgłosił się ponownie do służby. Wkrótce zrzucony został do Kraju na spadochronie jako „Cichociemny” o pseudonimie „Wania”. Skierowany do służby w „Wachlarzu” udał się na czele niewielkiego oddziału na Wschód, by pełnić służbę dla Polski i Wielkiej Brytanii, przeciw Niemcom i – zarazem Sowietom. Ranny w potyczce z Niemcami, osadzony w więzieniu, został odbity przez mjr. „Ponurego” i przewieziony do Warszawy, gdzie przechodził rekonwalescencję. Kiedy w czasie Powstania „berlingowcy" dotarli nad Wisłę, został na rozkaz Komendy Głównej AK przewieziony krypą przez Wisłę w celu nawiązania kontaktu i przekazania namiarów krótkofalowych. Gdy otrzymał propozycję wstąpienia do wojska, odpowiedział: „moje Wojsko jest tam” i wskazał na warszawski brzeg. Poszedł więc siedzieć. Po wojnie pani M. dotarła ponoć do samego Bermanna, ale dzięki uporowi uratowała Mu życie i wolność. Do końca pracował jako lekarz. 

Pani M. zmarła ok. 1965 roku. Kiedy zwłoki przewieziono do Szczawnicy z zamiarem pochowania w rodzinnym grobowcu, miejscowy ksiądz nie zezwolił na wniesienie ich do kościoła. „Zmarła była zbyt znaną w Szczawnicy gorszycielką” - powiedział. Chodziło, oczywiście, o dawne czasy, o zerwanie małżeństwa i ponowny ślub, już nie kościelny. Do późnego wieczora czekały zwłoki przed kościołem na koniec pertraktacji.

Ilona wyrosła na piękną dziewczynę. Była divą popaździernikowej dziennikarskiej Warszawy. Pech sprawił, że wyszła za mąż za znanego dziennikarza, który wkrótce „spalił się” na tym, że kiedy załamał się trap pasażerskiego statku na Bielanach i duża grupa ludzi wpadła w szczelinę między betonowym nabrzeżem a burtą statku, wciągając się wzajemnie pod wodę i topiąc, dziennikarz ów, zamiast rzucić się na pomoc, stał i fotografował dantejskie sceny, co zemściło się rychłym końcem kariery. Z kolei Jej starsza, przyrodnia siostra spotkała swój tragiczny los w Lagos, w Nigerii. Jej mąż otrzymał tam możliwość pracy, zaś szosa między lotniskiem a miastem znana jest jako jedna z najniebezpieczniejszych na świecie. Nigeryjscy kierowcy nie potrafią po prostu przewidzieć niebezpieczeństwa. W wypadku samochodowym On zginął, Ona zaś utraciła... twarz. Odniesione rany spowodowały tak straszne zniekształcenia i blizny, że zawsze już nosiła welon i nigdy nie odsłoniła twarzy wobec ludzi. 

Nie będziemy opisywali dziennikarskich przygód i podróży, ani towarzyskich sukcesów Ilony. Nie jest to celem tej historyjki. Wspomnijmy, że tytuł Jej reportażu: „Na Starynkiewicza tną” stał kiedyś głośny w Warszawie. Dowcip polegał na tym, że był to reportażyk z „Biura wycinków” (gdzie gromadzono wycinki z całej prasy), zaś obok, pod tym samym adresem, mieściła się reakcja „Trybuny Ludu”, gdzie w redakcji wycinano wszystko, co mogło być niezgodne z „linią partii”. Skądinąd dwuznaczne słówko mogło więc być dodatkowo zrozumiane jako przytyk do owej cenzorskiej funkcji.

W Jej drugim małżeństwie zdarzyło się, iż małżonek został skierowany na placówkę zagranicznego korespondenta. Ilona powiedziała:
- Żona korespondenta? - Nie... Ja mogę być korespondentem zagranicznym, ale nie jego żoną... Zresztą ja tak bardzo nie lubię niemieckiego języka. 

Wzgardziła Salzburgiem, czeską Pragą, Monachium, Genewą, Mediolanem Została w kraju, a był to dopiero rok 1971. Zmarła w 2006 roku, w wieku 47 lat. Zmarła w 2006 roku, w wieku 67 lat. 

De mortuis nihil nisi bene...

środa, 17 lipca 2013

Dolary na stole

Chciałbym opowiedzieć historyjkę o jednym ze specyficznych „interesów”, jakie zdarzały się w warunkach realnego socjalizmu.
 
Otóż pewien Pan – nadajmy mu imię Karol – spędził wojnę w ZSRR, gdzie, służąc w batalionach pracy Armii Czerwonej, przepracował pewien czas w kołchozach i sowchozach, skąd brała się jego wiedza o „socjalistycznej gospodarce rolnej”. Dzięki niej otrzymał wygodną posadę korektora w Państwowym Wydawnictwie Rolnym i Leśnym, która przynosiła mało pieniędzy, ale zajmowała też mało czasu i dawała cenny papierek – zaświadczenie o zatrudnieniu. Pan Karol nie pracował tam długo. Kiedyś spotkałem go na ulicy i zapytałem z czego żyje. Wyjął z kieszonki kamizelki mały pieniążek i powiedział: 
- Przewiozę parę takich do Wiednia i niczego mi nie brak.

W Warszawie miał piękne mieszkanie „własnościowe” (czyli – własne), ale zarejestrowane przez ostrożność na imię żony, w Wiedniu kupił drugie i rozwinął handel antykami na dość szeroką skalę. Aliści pewnego razu zatrzymano go na granicy, wytoczono sprawę sądową, zarekwirowano mieszkanie i jego zawartość. Wprawdzie do rozprawy w sądzie nie doszło, postępowanie umorzono, ale pan Karol na stałe przeniósł się do Wiednia, a mieszkanie przejęte zostało przez kwaterunek. Jako szczególnie cenne, wygodne, świetnie położone i „eleganckie” przekazane zostało do biura spraw lokalowych Urzędu Rady Ministrów, które wydało na nie „nakaz” pewnemu uprawnionemu do „rządowych” przywilejów wysokiemu urzędnikowi. W mieszkaniu pozostało kilkadziesiąt pustych ram po obrazach i inne przedmioty świadczące o „zajęciach i zainteresowaniach” właścicieli. Bo właścicielem była nadal żona pana Karola.

Nowy lokator wkrótce został powołany w szeregi korpusu dyplomatycznego i objął wysokie stanowisko – trzeba trafu! - także w Wiedniu. Dzięki swemu wysokiemu stanowisku i pracy małżonki, świetnie znającej język gospodarzy, więc chętnie zatrudnianej przez polskie instytucje w stolicy Austrii, zgromadzono na koncie oszczędnościowym poważną kwotę, oczywiście w dewizach. W tak zwanym „międzyczasie” (z niemieckiego: „in der Zwischenzeit”) pan Karol zmarł na udar serca w restauracji hotelu Bristol w Warszawie, gdzie negocjował głośną swego czasu sprawę zakupu waz króla Stanisława Augusta. Na placu pozostała więc wdowa po nim, właścicielka mieszkania w Warszawie.
 
Wspomniany dyplomata wpadł na znakomity pomysł: postanowił kupić mieszkanie, w którym mieszkał, ale którego właścicielem nie był, nie mógł go więc na przykład sprzedać. Nawiązał kontakt z wdową po panu K., spotkał się z nią u wiedeńskiego notariusza, i przedłożył propozycję: kupi zajmowane przez siebie mieszkanie, wypłaci należność na miejscu, w dolarach, przy czym zaproponował kwotę dziesięciu tysięcy! Instynkt handlowy podpowiadał pani Karolowej, że mieszkanie to jest w Warszawie warte parę razy więcej, trzykrotnie opuszczała posiedzenie, żądając podwyższenia proponowanej kwoty, ale – „ Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Karczmy Babińskie!” (jak mówi stare przysłowie). Trzykrotnie więc zdumiony notariusz sprowadzał ją z powrotem, tłumacząc: „Gdzie pani znajdzie wariata, który położy na stole tyle pieniędzy, za mieszkanie, w którym już mieszka i którego pani nigdy nie odzyska!?” Nie przewidział, biedaczysko, upadku komunizmu, który stwarzałby możliwość zwrotu własności, ale na chwilę ówczesną miał absolutną rację. Pani Karolowa wyraziła więc ostatecznie zgodę ze łzami w oczach.

Teraz dyplomata musiał już tylko:
- udowodnić (władzom politycznym) legalność posiadanych środków dewizowych,
- uzyskać Decyzję dewizową Głównego Oddziału Walutowo-Dewizowego Narodowego Banku Polskiego w Warszawie „zezwalającą na kupno od cudzoziemca dewizowego lokalu... za cenę zł. 804.856,- przy czym opłaty skarbowe, sądowe i notarialne wyniosły zł.106.364,- 
- ustanowić dostatecznie zaufanego „pełnomocnika pani Karolowej”, który w jej imieniu podpisze w Warszawie umowę i pokwituje (rzekomą przecież!) zapłatę ustalonej urzędowo ceny w złotych. Samej zapłaty nikt nie mógł skontrolować, bo i jak? 

Faktycznie więc nabywca zapłacił pani Karolowej dziesięć tysięcy dolarów, pokrył opłatę notarialną w Wiedniu i wymienione wyżej opłaty na rzecz Skarbu Państwa, sądu i notariatu w Polsce. Rzecz w tym, że mieszkanie było warte parokrotnie więcej, a za kwotę uzyskaną z jego sprzedaży zakupił po upadku komuny domek pod Warszawą. Jako „kwaterunkowy" lokator mógłby co najwyżej dalej w nim mieszkać, rozmyślając o jego „rynkowej” wartości.
 

niedziela, 14 lipca 2013

"Tacy maleńcy..."

Ciągle wracam do tej myśli. Parę razy próbowałem się od niej uwolnić, pisząc na te tematy. Życie wraca do tej – jak się okazuje – centralnej kwestii mojego życia, dopisuje nowe wątki do sprawy, dziejącej się - jak może się wydawać - między zmarłymi. Okazuje się, że kiedy w grę włącza się poezja – życie, śmierć, czas przestają mieć znaczenie. Ważne są jakieś nici, fluidy, motywy – łączące w poprzek czasu z ludźmi, o których istnieniu nie mielimy pojęcia... 

Ostatnio wielkie rozhuśtanie myśli, wspomnień, przeżyć przyniósł mi zamiar dotarcia do stanowiska Czesława Miłosza do AK, Powstania, „Poetów przeklętych”. Wydało mi się, że tam gdzieś, wśród rozważań, obrazów, idei – spotkam Sławka. I ziściło się, tylko że to wszystko dzieje się we mnie, w świadomości, w duszy...
 
Był dwa lata starszy ode mnie, uroczy, wesoły, obsypany talentami, podobny do ojca, jak ja – do matki; pięknie malował. Za parę lat zostanie studentem podziemnej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Będzie ilustrował konspiracyjne wydawnictwa literackie. Zaczynały się sprawdzać rodzinne pogwarki, według których miał być artystą, ja – kupcem.

Pod koniec pierwszej (a może drugiej...) okupacyjnej zimy odwiedziła nas na Grochowie spora grupka jego kolegów, w tym paru – nieco starszych. Trochę piliśmy, trochę śpiewali, chłopcy podziwiali wykonaną przez Sławka fantastyczną flotyllę żaglowców z łupin włoskich orzechów i plasteliny, maszty z patyczków, żagle z kolorowego papieru, mikroskopijne wiosełka... Płynęła po nieco sfalowanej niebieskiej narzucie na tapczan. Kto był wśród gości – nie wiem. 
 
Od kilkudziesięciu lat Ewa Demarczyk wzrusza i czaruje miliony słuchaczy, śpiewając poezję Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

„... I niedługo już - tacy maleńcy,
na łupinie orzecha stojąc,
popłyniemy porom na opak
jak na przekór wodnym słojom.

... I tak w wodę się chyląc na przemian
popłyniemy nieostrożnie w zapomnienie,
tylko płakać będą na ziemi
zostawione przez nas cienie

Napisał tę „Pioseneczkę” 16 stycznia 1942 roku. Zginął 1 sierpnia 1944. Sławek poległ 16 września, w tym samym Powstaniu. Krzysztof Kamil Baczyński przyjaźnił się przed śmiercią z poetą żydowskiego pochodzenia – Jerzym Kamilem Weintraubem, który zmarł jesienią 1943 roku, ukrywając się po „aryjskiej” stronie okupowanej Warszawy. Baczyński dedykował mu wiersze, parę napisali nawet razem. 
 
W tym samym mniej więcej czasie zmarła w łódzkim getcie wiedeńska Żydówka - Irene Hauser. Znaleziony po jej śmierci pamiętnik przez wiele lat nie dawał się odczytać. Wersja tłumaczenia, która trafiła do moich rąk wraz z oryginałem notesiku z notatkami Irene, wskazywała na jakąś tajemnicę: nie sposób było doszukać się sensu wydarzeń i następstwa czasu, późniejsze daty pojawiały się przed wcześniejszymi... Pierwsi tłumacze popełniali kardynalny błąd: tam, gdzie tracili wątek, zmyślali. 
 
Uparte wczytywanie się w niemieckie zapiski (notesik zdeponowałem potem w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie) pozwoliło mi dostrzec, że jedna ze stron (prawa) kończy się nieistniejącym przecież słowem „Zim”, podczas gdy poprzednia (lewa) zaczynała się od również nieobecnego w słowniku słówka „mer”. Złożone razem (ale w odwrotnej kolejności!) tworzą – sensowny w tym miejscu - wyraz „das Zimmer”. A więc, umierająca z głodu, strachu i rozpaczy kobieta, „zmieniała” kartki raz z lewej na prawą, drugi raz (jak gdyby zgodnie z hebrajskim porządkiem) z prawej na lewą! Wyglądało to tak: zaczynała pisać na prawej kartce rozłożonego notesu, w lewym, górnym rogu i dochodziła do jej końca, to znaczy do prawego, dolnego rogu. Potem pisała na kartce lewej, zaczynając znów w lewym rogu u góry, a kończąc w prawym, dolnym rogu. I wtedy przewracała kartkę. 
 
Tak odczytany pamiętnik „otworzył się”. Wydałem go drukiem w bibliofilskim tomiku, we własnym Wydawnictwie „Libellus”, pod zaczerpniętym z Jej tekstu tytułem „Cud, że ręka jeszcze pisze...” Włączyłem do niej piękny poemacik Janusza Korczaka „Modlitwa matki”, rozmowę z uratowanym jako dziecko z warszawskiego getta Henrykiem Hajwentregerem oraz dokumenty z ŻIH-u na temat getta w Łodzi. Dwadzieścia trzy lata później (Katowice, 2009) Miłosz Piotrowiak w książce o „Tropach egzystencji” Jerzego Kamila Weintrauba, cytując tytuł mojej książeczki napisał, że ów poeta mógłby z pewnością powtórzyć słowa uwięzionej w łódzkim getcie Irene Hauser. 
 
I oto spotkaliśmy się wszyscy po kilkudziesięciu latach w niebie historii i poezji.

Po moim bracie Przemysławie Andrzeju (drugie imię po ojcu naszego ojca, czyli naszym dziadku) pozostało imię dla mojego syna - Przemysława Stanisława (to drugie imię z kolei - po moim ojcu – czyli jego dziadku). Poza tym – już tylko parę malowanych przez Niego obrazków i sny. 


czwartek, 11 lipca 2013

Przygoda z Gagarinem

Było to 52 lata temu – w roku 1961. Do Polski miał przyjechać człowiek, który – jako pierwszy w dziejach – opuścił kulę ziemską w pojeździe kosmicznym zwanym „sputnikiem”, spędził trochę czasu w kosmosie i wrócił na ziemię. ZSRR - państwo, które ów pojazd, głównie ze względów militarnych, poleciło wyprodukować i wysłać w przestrzeń pozaziemską - dążyło do osiągnięcia z tego wyczynu maksymalnych korzyści propagandowych. Temu celowi służyły niezliczone podróże Jurija Gagarina, nie mogło wśród nich zabraknąć i Polski. W planie były spotkania wiecowe w Katowicach (kuźnia „socjalizmu”, stolica polskiego proletariatu) oraz Zielonej Górze (symbol zwycięstwa nad Niemcami, przykład osiągnięć na t.zw. ziemiach odzyskanych).
Pracowałem wtedy w „Sztandarze Młodych”, wyznaczenie mnie do obsługi tej imprezy należało traktować jako wyróżnienie. Wieczorem w przeddzień wyjazdu, spotkałem redaktora naczelnego poważnego (choć dla młodzieży...) państwowego wydawnictwa „Iskry” - Jerzego Wittlina, któremu pochwaliłem się wyróżnieniem.
- Jeżeli nie jesteś fiutek tylko prawdziwy dziennikarz, to zrób reportaż ze zdjęciami tak, żeby mógł się ukazać jako broszura PRZED wyjazdem Gagarina z Polski. 
- Niebywałe! A gdzie - cenzura, uzgodnienia, zezwolenie na druk i rozpowszechnianie!?! Pomyślałem, że kpi, ale następnego dnia rano Jurek powtórzył:
- Dostarcz materiał tak, żebym zdążył wydrukować pierwszy tysiąc przed odlotem jego samolotu z Polski. Resztę biorę na siebie. 
- Polecieliśmy. Gagarin był tak wymusztrowany, że - kiedy jego „oficer prowadzący”w czasie rozmowy z licznym gronem w samolocie, około południa spojrzał na zegarek i powiedział: „No, Jura, spat'!” - Gagarin położył się na stojącym pod ścianą samolotu brezentowym łóżku, zachrapał i popadł w głęboki sen. 

Program pobytu rozwijał się też jak w zegarku, niezależnie zresztą od gospodarzy, którzy nie zawsze ze wszystkim zdążali (w Zielonej Górze na przykład nie było gotowe coś, co Gagarin miał uroczyście otworzyć...), ale tym łatwiej było mi napisać, co się wydarzyło i co się pod koniec wizyty wydarzy według planu – w czasie przeszłym. Dostarczyłem Wittlinowi materiał ze zdjęciami wieczorem, Gagarin odlatywał rano, na pokładzie samolotu oczekiwały go egzemplarze ilustrowanej broszury Wydawnictwa „Iskry”: „Gagarin w Polsce” mojego autorstwa. Bohater reportażu, a tym bardziej jego otoczenie, nie wiedzieli, wściekać się – czy śmiać. U nich było to nie do pomyślenia – bez uzgodnień... Podejrzewali, że to żart albo sabotaż.

Dal mnie był to pierwszy „druk zwarty”, jaki opublikowałem. Honorarium nie było zawrotne, ale starczyło na zakup starej „Warszawy” z demobilu, której przydział akurat wtedy dostałem. Wkrótce sprzedałem ją ze sporym zyskiem, a uzyskana kwota starczyła na pierwszą ratę Skody Octavia, i tak się zaczęła moja prywatna „motoryzacja”.

niedziela, 7 lipca 2013

Co płynie po globalnej krainie?

Gówno.

Kilkadziesiąt lat temu gruchnęła na świat wiadomość, że Brytyjczycy osiągnęli kolejny wielki sukces w walce z zanieczyszczeniem środowiska: Tamiza, która był jedną z najbrudniejszych rzek świata, jest już tak czysta, że pojawiły się w niej znów pstrągi i żyje ponad sto gatunków ryb. Aliści wkrótce potem jedna z organizacji ochrony środowiska podała do wiadomości, że z Wielkiej Brytanii płyną na północ regularne flotylle tankowców, wiozących transporty stężonych ścieków. To, co płynęło do południowych rejonów Morza Północnego Tamizą, teraz wywożono do Morza Północnego na północy. Pstrągi poczuły się dobrze, ale foki, morsy, wieloryby, białe niedźwiedzie...
 
Na pograniczu Puszczy Kampinoskiej pod Warszawą położony jest piękny majątek – Zaborów. W tamtym czasie władza ludowa przekazała piękną resztówkę z pałacem Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich na „dom pracy twórczej”. Zadania adaptacji budynków podjęła się RSW Prasa, której byłem wtedy wiceprezesem. Pojechaliśmy do Puszczy liczną grupą. Zauważyłem, że obramowania okien ozdobione są płaskorzeźbami, na których dominuje motyw... pięknego grzyba. Zwróciłem na to uwagę obecnych, a mój przyszły przyjaciel – architekt Zbyszek Wilma pochwalił mnie: „Pan prezes zauważył bardzo charakterystyczny szczegół tutejszego zdobnictwa – jak w renesansie, czerpali z wzorców piękna wokół siebie...” 

Zaborów (teraz już wrócił do spadkobierców właścicieli) był perłą dla warszawskich dziennikarzy. Któregoś razu, siedząc wraz z innymi w ogrodzie, zwróciłem uwagę, że do lasu wjeżdżają bardzo często cysterny, a potem wyjeżdżają puste. A w Puszczy jest wiele bezodpływowych bagienek. Tam sąsiedni PGR wywoził swoje nieczystości. Dokąd spływało szambo z domu dziennikarzy – nie wiem...

Kiedyś pojechaliśmy z dziećmi nad jezioro do Wiartla na Mazurach. Rozkoszowaliśmy się kąpielą się w bardzo bliskim jeziorze o tej samej nazwie. Któregoś wieczora szliśmy brzegiem na spacer. Bardzo często podjeżdżały z pobliskich ośrodków wczasowych cysterny, stawały tyłem do brzegu i spuszczały zawartość... 

Od paru lat mieszkam w jednej z „pereł” Ziemi Lubuskiej, miasteczku pełnym zabytków, otoczonym murem, z jeziorem w obrębie miasta, z puszczami naokoło. Pod murami, przez dużą część miasta płynie kanał, wpadający do rzeczki Lenka, niosący ścieki z pobliskiej zlewni, która już dawno powinna być zlikwidowana, bo istnieje druga, poza miastem. Napisałem o tym do jednej z miejscowych gazet. Odmówili druku. Bo ja wiem, może i mieli rację?...
 

czwartek, 4 lipca 2013

Nikotyna i skarpetki

Miałem wtedy dokładnie 50 lat. Paliłem lat 35, czyli od piętnastego roku życia. Kiedy zacząłem ulegać zgubnemu nałogowi, pracowałem w niemieckiej (austriackiej...) firmie Julius Meinl i dostałem pierwszy w życiu „deputat”, w skład którego wchodziła paczka (austriackich...) papierosów Memphis. Sztachnęliśmy się z kolesiem pod również pierwszą w życiu setkę wódki w knajpie na ul. Opaczewskiej. Papierosy były rzeczywiście „prima sort”, ale wszystko razem było trochę za mocne jak na nasze młodzieńcze, wycieńczone okupacją organizmy. Tylko że jak się z papierosikami zacznie, to trudno skończyć. Żeby było jeszcze trudniej, niemal całe dorosłe życie żyłem z pisania. A tu bez dymku ani rusz... Okazuje się jednak, że grunt, to mieć silny, autentyczny, a nie wmówiony sobie, motyw.
 
Pewien mój znajomy zauważył, że nad kostkami, trochę powyżej skarpetek, pojawiły się na jego łydkach liczne krosteczki. Zaindagowany lekarz stwierdził bez żadnych wątpliwości, że to dowód niedokrwienia kończyn dolnych, który zazwyczaj jest też dowodem na rozpoczynającą się „chorobę Buergera”. A przyczyna? Papieroski, które powodują zwężanie i „zatykanie się” naczyń krwionośnych. Znajomy papierosy natychmiast rzucił, ja popatrzyłem na swoje chude łydki nad skarpetkami i... zobaczyłem krosteczki. A, że w rodzinie miałem kogoś, komu amputowali w wyniku Buergera obie nogi, więc postanowiłem rzucić palenie jeszcze szybciej. I tu problem – siadam do klawiatury, a lewa ręka szuka po krawędzi biurka tego, który powinien tam leżeć i dymić. Przytomnieję, uderzam się prawą ręką po lewej, chcę pisać, a tu znów dymka brak. A przecież byłem wtedy korespondentem. Nie będę pisał – odwołają z placówki. O nie!... 

Żeby skutecznie rzucić palenie, trzeba wyzwolić dłonie, jamę ustną i cały organizm od wpływów nikotyny i głupich nawyków. W dłoniach można ugniatać gumowe kulki albo żonglować między palcami ołówkiem. Ustom pomaga fajka bez tytoniu, guma do życia, zjedzenie czegokolwiek (albo wypicie, ha, ha.). Całość organizmu można oszukać na przykład gwałtownie wychodząc z pokoju, myjąc ręce i twarz, albo robiąc cokolwiek bez sensu. Powiedzą: wariat... Nie, on tylko rzuca palenie!

Miesiącami odzwyczajałem swoje wargi i palce od znanych nawyków, pustą fajkę pykałem kilka tygodni, wreszcie, wyjeżdżając na urlop, „zapomniałem” jej zabrać ze sobą. Ale na urlopie nie musiałem pisać. Któregoś dnia pomyślałem: Czego ty się ciągle wygłupiasz? Myślisz, że twój organizm nie wie, iż ze strachu przed Buergerem postanowiłeś rzucić palenie? No i przestałem się oszukiwać. Okazało, się, że inni przy mnie mogą palić, że mogę nawet papierosa trzymać w ustach, a nie muszę go zapalać. 

Tajemnica jest bardzo prosta. Tak zwany „głód nikotynowy”, który jest tak bardzo trudny do zniesienia, tylko początkowo trwa cały czas. Nawet śni się po nocach. W miarę jednak upływu czasu, przerwy są coraz dłuższe, czyli głód pojawia się coraz rzadziej i trwa coraz krócej. Więc jeśli wytrzymasz chwilę, to właśnie za tę chwilę napięcie zmaleje. A krosteczki nad kostkami nie zapowiadały Buergera, tylko były efektem działania pewnego nieudanego proszku do prania. Wyprane w nim skarpetki były winne. Motyw więc był kategoryczny, tyle że nie całkiem uzasadniony. Ale tego przecież mój, opanowany nałogiem, organizm nie wiedział.
 

niedziela, 30 czerwca 2013

Oczy z pingpongowej piłeczki

Właściwie dlaczego ludzie nie lubią opowiadać o swoich pierwszych doświadczeniach seksualnych? Za to na pewno lubią o cudzych czytać. No to – jakie jest wyjście?
 
U mnie długo trwało, zanim - jak to się mówi - straciłem cnotę. Pierwsze zabawy, które mogły do tego doprowadzić, zostały po krótkiej chwili przerwane przez interwencję z zewnątrz. Miałem trzynaście lat, dziewczynka o dwa, trzy lata mniej. Z jej inicjatywy bawiliśmy się w cieniu stawideł nad wolno płynącą pod nami rzeczką. W pewnej chwili zawisła nade mną, i swoje gorące, wilgotne ciałko usiłowała nadziać na mój, nieźle już rozrośnięty członeczek. Wolniutko nasuwała się coraz głębiej, gdy nagle rozległo się wołanie, pobiegła, skacząc przez pokrzywy i kłujące krzaki, przez ogród nad stawem, ku gankowi. 

Minęły trzy okupacyjne lata. Wytrysk znałem tylko z nocnych pollucji, przyjemnych, ale zdarzających się poza świadomością, w czasie snu. Chodziłem do handlówki, mieszczącej się w tym okresie w zabudowaniach klasztornych na Nowym Mieście. Do mojej klasy chodził również chłopak, tym tylko się wyróżniający, że pracował w niemieckim cyrku, na Woli.

Toaleta utrzymana była we wzorowej czystości, ściany do połowy wysokości były świeżo wymalowane przyjemnie pachnącą, czarno błyszczącą smołą. Kiedy wszedłem tam, aby się wysikać, za moimi plecami cichutko otworzyły się drzwi i pojawiła się w nich twarz chłopca z cyrku. W oczodołach, pomiędzy brwiami a kośćmi policzkowymi, umieścił sobie dwie połówki pingpongowwej piłeczki. W każdej wyciął pionową „źrenicę”, u góry i u dołu ostro zakończoną, w środku gałki – nieco szerszą. Patrzył na mnie przez te szparki, po chwili ujął w dwa palce mojego członeczka, który posłusznie się wyprężył, chłopiec wykonał kilka ruchów wstecz i wprzód, o czarną, błyszczącą i pachnącą smołą ścianę chłapnęła plama spermy. W tym czasie manipulował lewą ręką przy swoim narządziku, pociekło z niego parę kropli, chłopiec z oczami z piłeczki smutno się uśmiechnął i wymknął się bez słowa z toalety. To było pierwsze przeżycie seksualne, wprawdzie homoseksualne, ale zawsze... 

Pierwsza inicjacja w stosunku z dziewczyną nastąpiła mniej więcej po roku, kiedy byłem słuchaczem pułkowej szkoły podoficerskiej w „Garłuchu”, siostra zaś kolegi z konspiracyjnej szkolnej ławy była łączniczką. Latem trafiła mi się okazja wolnego mieszkania, spotkaliśmy się więc u mnie, starannie naciągnąłem (pierwszy raz w życiu) prezerwatywkę, i - jak to młodzi – zrobiliśmy to szybko i byle jak, po czym usnąłem snem sprawiedliwego. Kiedy się ocknąłem, nocna lampka świeciła obok „zaciemnionego” okna, a moja partnerka siedziała nago obok mnie i przeglądała przedwojenny „Podręcznik dowódcy plutonu”, z którego uczyliśmy się w szkole, a który dość nieopatrznie pozostawiłem był na stoliku przy łóżku.

Ale w końcu przed kim miałem tak okropnie konspirować. Przed łączniczką?
 

piątek, 28 czerwca 2013

Nieznany przekład utworu Tomasza Manna


Przez wiele lat byłem do obłędu oczarowany twórczością Tomasza Manna. Nadal jestem zdania, że nie ma w światowej literaturze (jeśli wolno tak absurdalnie uogólniające twierdzenia wygłaszać) równego mu twórcy. Jak zwykle w „Historyjkach i Historii” zwalniam się od udowodnienia wysuniętego twierdzenia. Nie jest to przecież katedra historii światowej literatury, lecz – opowiadanie anegdotek. To uogólniające stwierdzenie było mi potrzebne, aby wyjaśnić, dlaczego przez parę lat spędzałem długie godziny w czytelni Biblioteki Narodowej w Warszawie, czytając wszystko, co mogłem znaleźć Tomasza Manna i o Tomaszu Mannie. 

Pewnego razu wpadł mi w ręce utwór tego autora, wydany w Warszawie, którego tytuł napisany był niezrozumiałą, nieczytelną dla mnie czcionką. Poznałem oczywiście, że to język jidysz, czyli żydowski, a pamiętałem z dzieciństwa na warszawskim Powiślu, gdzie pełno było sąsiadów i ich dzieci, mówiących tym językiem, pytanie które brzmiało: „wu sy dues?”, a miało to znaczyć chyba: „co to jest?”, a może „co robisz?”.

Tu mam piramidalną pretensję do wydawców słowników polsko-żydowskich, czy polsko-jidysz (również w internecie). Wszyscy mianowicie podają tłumaczenia słów polskich na jidysz, pisane czcionką również jidysz, a pochodzi ona – jak wiadomo - z hebrajskiego, kto więc nie zna tamtego alfabetu, nie dowie się – co tam mianowicie napisano, czyli może pocałować się w nos. Ja wiem, że tłumaczenie słów, pisanych innym alfabetem, stwarza pewne trudności. Jedni piszą „Mao tse tung”, inni Maotsedong. Oczekiwanie jednak, że nauczę się innego alfabetu po to, by zrozumieć co jest napisane szeregiem nieznanych mi znaczków jako tytuł jakiegoś utworu Tomasza Manna – jest mało realistyczne. Podanie tego tytułu w czcionce łacińskiej też nie rozwiązuje całkowicie problemu, ale przynajmniej przybliżyłoby brzmienie tego słowa, może bym się coś domyślił?

Badaczy diaspory żydowskiej w Polsce przed wojną – jest sporo. Badaczy twórczości Tomasza Manna – jeszcze więcej. Wydaje mi się, że jest to chyba jedyny przypadek wydania w tamtym czasie utworu tego pisarza w tym języku. I miało to miejsce w Warszawie. A może rozgłosić by to po świecie?... A na razie bardzo proszę – może mi kto napisze, co to znaczy, czyli o które to dzieło Tomasza Manna chodzi?


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Cesarz Maksymilian i śliwki

Pewien znajomy felczer w czasie ostatniej wizyty opowiedział mi dwie historyjki: o pewnym profesorze z Poznania i o cesarzu Maksymilianie. Ów profesor miał ponoć twierdzić, że przez pierwsze czterdzieści lat człowiek skupia przede wszystkim na tym, żeby się dobrze najeść, przez następne czterdzieści, żeby się skutecznie i bez kłopotu wys... wykasztanić. Natomiast anegdotka o cesarzu powinna jednak być poprzedzona choćby najkrótszą informacją o tej ciekawej postaci, choć z tematem nie ma to żadnego związku.

Cesarz Maksymilian był bratem najsłynniejszego chyba cesarza owych czasów, Franciszka Józefa Habsburga, zwanego starym pierdołą, co po krakowsku znaczy „starym gadułą”. Ponieważ Franz Joseph rządził strasznie długo, Maksymilian został cesarzem... Meksyku. Mawiało się wtedy, że nad posiadłościami Habsburgów słońce nigdy nie zachodzi. Ponoć za swoje zbyt liberalne rządy Maksymilian został przez Meksykańczyków aresztowany i... rozstrzelany. Nie zajmujemy się tutaj jednak losami cesarza, lecz pewnym jego nawykiem, który też przeszedł do historii, chociaż w zupełnie innej, niż sprawowanie władzy, dziedzinie.

Otóż cesarz ów miał zwyczaj spożywać każdego wieczoru trzy suszone śliwki, zalewane przedtem wrzątkiem. Zapewniało mu to zdrowie i dobre samopoczucie. Ponieważ żyję już osiem lat ponad drugą czterdziestkę, od czasu owej rozmowy z felczerem spożywam co wieczór cztery (w końcu nie jestem cesarzem...) suszone śliwki.

Polecam.

wtorek, 4 czerwca 2013

Co robi polarny zając?

Pociąg dochodził tylko do Szczęśliwic, dalej trzeba było iść przez ruiny miasta piechotą aż do brzegu Wisły, przez rzekę przewoziły za parę złotych piaskarskie krypy. W czasie jednego z pierwszych przejazdów kupiłem od przygodnie spotkanego człowieka skórzane, czarne spodnie do bryczesów, na pewno część niemieckiego umundurowania. Na sobie miałem „oficerskie” buty z cholewami, w których poszedłem do Powstania, beznadziejnie podarte, pospinane agrafkami spodnie do konnej jazdy, od góry – bluzę mundurową z US Army, którą dostałem z UNRRA i barankową papaszę, jeszcze w Krzyszkowicach kupioną od sowieckiego żołnierza za szklankę bimbru. Czarne, skórzane spodnie doskonale pasowały do butów i bluzy; paradowałem w tym AK-owsko-, niemiecko-, amerykańsko-, ruskim stroju przez klika najbliższych miesięcy. Któregoś dnia odwiedziłem na Grochowie kolegę mamy z pracy w centrali telefonicznej Pruszkowskiej Elektrowni – pana Lusawę. Na powitanie wręczył mi egzemplarz jakiegoś podziemnego pisemka, które na pierwszym miejscu drukowało wiersz, zatytułowany „Pieśń o fladze”, a zaczynający się od słów:

Jedna była - gdzie? Pod Tobrukiem.
Druga była - gdzie? Pod Narvikiem.
Trzecia była pod Monte Cassino.

A każda jak zorza szalona,
biało-czerwona, biało-czerwona,
czerwona jak puchar wina,
biała jak śnieżna lawina,
biało-czerwona.

Zebrały się nocą flagi.
Flaga fladze dodaje odwagi:
- No, no, nie bądź taka zmartwiona.
Nie pomogą i moce piekła:
jam ciebie, tyś mnie urzekła,
nie zmogą cię bombą ni złotem
i na zawsze zachowasz swą cnotę.
I nigdy nie będziesz biała,
i nigdy nie będziesz czerwona ...
 
Nota bene - pod Tobrukiem i Monte Cassino biało-czerwone flagi powiewały też nad głową mojego ojca; sam poeta – autor tych słów - wędrował wówczas jeszcze po zachodniej Europie, zanim wrócił i stał się jednym z najznakomitszych piewców nowego systemu, a wiersz zyskał akceptację władz i był szeroko popularyzowany. Ale tamtej wiosny '45 słowa te wystarczyły, aby otwierać podziemne, antykomunistyczne pismo. Na mnie – powstańcu, partyzancie, synu żołnierza spod Tobruku i Monte Cassino – zrobiły też ogromne wrażenie i na zawsze związały z twórczością ich Autora - K.I. Gałczyńskiego, którego parę razy w następnych latach spotkałem. Tymczasem wtedy, na Grochowie u pana Lusawy, słowa te stały się wyjściem do jego wypowiedzi, akurat odwrotnej, niż spodziewał się poeta:

- Panie, jaki jest zając? - Szary. A niedźwiedź? - Brązowy. A lis? - Rudy. A co te wszystkie gatunki zrobiły, jak przyszło im żyć wśród wiecznych śniegów? - Stały się białe. Z tego wynika wniosek, że i nam wypada przyjąć barwę ochronną, kolor obowiązkowy... Jaki jest? Przecież sam pan wiesz...

Flag czerwonych było potem więcej, niż biało-czerwonych, i gazety się zrobiły czerwone i postacie, i programy... 

Zanim przejdziemy do następnych etapów, niech mi będzie wolno opowiedzieć anegdotkę o najbardziej odważnym czynie, jakiego dokonał mój ojciec pod Tobrukiem. Jak wiadomo, zadaniem oddziałów otaczających Tobruk było niedopuszczenie, aby port ten opanowała marynarka niemiecka lub włoska. W samym obozie było miesiącami cicho i spokojnie. Czwórka brydżowa, w skład której wchodził ojciec, grała w namiocie. Gracz nie biorący udziału w danej rozgrywce, smażył na maszynce naftowej „prymus” placki kartoflane, sporządzane ze specjalnego proszku. Kiedy kolej wypadła na ojca, z „prymusa” zaczęła wyciekać nafta, grożąc wybuchem. Ojciec zebrał za cztery rogi koc, którym pokryta była skrzynka, gdzie stała maszynka, wyniósł za namiot i rzucił na piasek pustyni. Rozległ się głośny wybuch, a ojciec wróciwszy do namiotu, spytał: „To kto teraz rozdaje?”

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Szwagierka mojego szwagra

Mógłbym twierdzić, że z osobą, o której chciałbym napisać, jestem bardzo blisko spowinowacony. W 1949 roku mianowicie poślubiłem pewną dziewczynę imieniem Krystyna. Okazało się, że ma ona małego braciszka, którego nazywaliśmy „Henio w kraciastych porteczkach”. Stał się więc moim szwagrem. Po około dwudziestu latach ukończył akademię teatralną w Krakowie i ożenił się z piękną absolwentką tego samego roku - Bożeną. Okazało się, że ma ona młodszą, równie piękną, siostrę Annę, która stała się więc szwagierką mojego szwagra. Szwagierka szwagra – coś pięknego! Chodzi mianowicie o znakomitą aktorkę, lektorkę, recytatorkę, profesora Akademii w Warszawie – Annę Seniuk. 

Foto: archiwum Zarządu MiG Ośno Lubuskie

Artystka nie wykazuje zupełnie zmęczenia, swym ogromnym przecież dorobkiem w kraju i zagranicą. W kwietniu ubiegłego roku Anna Seniuk wystąpiła w miasteczku, w którym od paru lat mieszkam z rodziną, mianowicie w pięknym Ośnie Lubuskim, ukrytym wśród jezior i puszcz na Ziemi Lubuskiej. Miasto moje prowadzi naprawdę ożywioną działalność kulturalną, organizując – poza licznymi atrakcjami – coroczny festiwal koncertów muzycznych i poetyckich, nad którym honorowy patronat sprawuje Marszałek Województwa Lubuskiego – Elżbieta Polak. Wieczór poezji i muzyki odbył się w sali konferencyjnej zabytkowego Ratusza, a sukces przeszedł wszelkie wyobrażenia. Aktorka recytowała wiersze Wisławy Szymborskiej, a przedstawiła je tak, że chwilami dech zapierało, a chwilami gromki śmiech poparcia i burza oklasków przetaczała się przez wypełnioną do ostatniego miejsca salę. Ludzie stali na schodach i wewnętrznych balkonach, a w końcu posiadali na podłodze w przejściu i zamienili się w słuch.
Po zakończonym koncercie Ania nie mogła przyjąć zaproszenia na wieczór do naszego domu, bo musiała niemal niezwłocznie wsiadać do samochodu i jechać do Łodzi, gdzie czekały na Nią kolejne obowiązki. Dzięki uprzejmości pani Sekretarz Zarządu Miasta mgr. Ewy Urbaniak, która także wzięła udział w rozmowie, mogliśmy z żoną i córką „poprzebywać” ze „szwagierką mojego szwagra” w jednym z biurowych pomieszczeń, wręczyć kolejny bukiet, otrzymać przywieziony prezent i... pożegnać się. 

Parę dni temu Jej i (zarazem mój) szwagier zadzwonił z wiadomością, że Ania została – wraz z czterema innymi polskimi profesorami - odznaczona przez Instytut Polski im. Józefa Piłsudskiego w USA „Medalem Ignacego Paderewskiego – Sztuka i Muzyka”. Uroczystość odbędzie się 5 czerwca na Zamku Królewskim w Warszawie. My, wszyscy słuchacze Jej recitalu z Ośna Lubuskiego, łączymy się w jak najserdeczniejszych gratulacjach i życzeniach dla Naszej Laureatki. Wspomniana pani Marszałek naszego Województwa Lubuskiego Elżbieta Polak, w pięknym apelu, jaki wystosowała niedawno z okazji Dnia Samorządowca, wzywając do pełniejszego wykorzystywania zasobów intelektualnych mieszkańców i przybyszów, napisała: „Drodzy samorządowcy – sięgajmy gwiazd!”

No, to sięgajmy. Właśnie jedną odznaczają... Bardzo Państwu dziękuję! Dziękuję, Anno! 

niedziela, 2 czerwca 2013

Dwa pistolety

W ciągu mijających dziesięcioleci, a jest już ich dziewięć, co jakiś czas wracają echa lat minionych. Przywilej czy wyrok? Im dalej od tamtych wydarzeń, od źródeł wydobywającego się z otchłani echa, tym głośniej i wyraźniej je słychać. Łatwiej jest żyć na początku, coraz trudniej w miarę upływu lat. 

W jakiś czas po powrocie do Warszawy, odwiedził mnie w mieszkaniu na Grochowie młody (ale starszy ode mnie) człowiek. Przedstawił się jako żołnierz „Bałdonia” z Lubelszczyzny. Major „Bałdoń”, mój wuj, bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych i ucieczce z niewoli niemieckiej był szefem sztabu Lubelskiego okręgu organizacji „Racławice”. Była to chłopska organizacja bojowa, która jak wiele innych weszła później w skład Armii Krajowej. „Bałdoń” został przez Niemców osadzony na Majdanku, skąd uwolniła go jego organizacja, następne lata był członkiem Komendy Głównej AK, zginął w gmachu PKO w czasie powstania. Przez cały czas zameldowany był w naszym mieszkaniu na Grochowie, gdzie zmarła jego młoda i piękna żona, siostra mojej matki.

I o to staje przede mną młody człowiek o wyglądzie inteligenta, powołuje się na majora „Bałdonia”, który miał mu podać ten adres, gdzie „w najgorszej nawet sytuacji znajdzie schronienie”. Szybko dokonujemy wzajemnej identyfikacji, nie wychodząc poza pseudonimy i funkcję, i gość opowiada mi szczegóły służby pod dowództwem majora „Bałdonia” przed jego odejściem do Komendy Głównej AK.

Młody oficer był cały czas w służbie polowej, po wkroczeniu wojsk Sowieckich działali dalej, przeciwstawiając się budowaniu sieci wojskowej, milicyjnej i UB oraz administracji państwowej i organizacji partyjnej. W lnianym woreczku, który wyjął ze swego tobołka, znajdował się pistolet TT, trochę naboi oraz garść pieczątek z napisami „Komitet Powiatowy PPR w...”, „Gminna Komenda Milicji Obywatelskiej w...”, „Spółdzielnia Samopomocy Chłopskiej... ”. Komentarz był krótki: ziemia paliła się dosłownie pod nogami, co innego jest walczyć z okupantem, a co innego z tworzącą się, obcą, ale miejscową władzą. Postanowił schronić się na ziemiach zachodnich; prosi o jeden nocleg, trochę żywności i milczenie. 

Był bardzo poważny, trochę smutny. Obaj wiedzieliśmy, że przegraliśmmy wojnę. Nie odezwał się nigdy więcej. Lniany woreczek z zawartością schowałem pod krokwią, w domku w którym mieszkaliśmy. TT–enkę utopiłem w pobliskiej gliniance. 

Wtedy, wiosną '45 roku, w parę tygodni po przygodzie z młodym oficerem z Lubelszczyzny, przeżyłem jeszcze jedno tajemnicze spotkanie. Do mojego mieszkania zapukało dwóch młodych mężczyzn. Wyglądali ponuro i odpychająco, byli napięci do ostatniego stopnia; kazali mi stanąć w kącie odległym od okien, sami zajęli „stanowiska” przy nich, w prawych dłoniach wsuniętych do kieszeni marynarek trzymali jakieś przedmioty, wysuwając je dosyć złowieszczo w moim kierunku. Nigdy nie dowiedziałem się, kim byli Ci ludzie: funkcjonariuszami bezpieki czy ludźmi z wciąż jeszcze działającego podziemia. 

Ciszę przerwał jeden z nich: „To nie ten...”, powiedział wskazując na mnie. Drugi nieznajomy skwitował te słowa krótkim, skierowanym do mnie, poleceniem: „Żebyś się nie ważył przez piętnaście minut wychodzić z domu, ani podchodzić do okna”... Zniknęli, jak przyszli.  

Drugi pistolet trafił do mnie dwa lata później. Przywiózł go w walizce mój ojciec, wracając na pokładzie parowca Queen Mary z Anglii po zakończonej wojnie. Był zdania, że „przecież może się przydać...”. Dziwnym trafem dostałem się przez dziurę w murze na teren portu w Gdańsku, a potem, biegnąc przy wolniutko jadącym pociągu, pełnym wracających żołnierzy, wołałem najgłośniej, jak mogłem:

- Plutonowy Solecki, plutonowy Solecki!!! 

Najniespodziewaniej w świecie z jednego z towarowych wagonów rozległ się wrzask:

- Tutaj!!! 

Po chwili wpadłem w ramiona ojca, otoczony zdumionymi w najwyższym stopniu jego towarzyszami broni.

Ojciec w pewnym momencie spokojnie, jak to on zwykle, powiedział:

- Weź tę walizkę i wyjdź tak, żeby cię nikt nie widział...

Jakże to łatwo powiedzieć! Ja, oczywiście, miałem znaną mi dziurę w płocie, więc wkrótce byłem już poza terenem portu. Na punkcie kontrolnym natomiast dokładnie kontrolowano bagaże, a ponadto wszystkim kazano zdejmować koszule i bluzy, podnosić prawą rękę i sprawdzano, czy nie ma tam wytatuowanego numeru, jaki władze formacji SS umieszczały każdemu żołnierzowi pod pachą. A przecież tylu niemieckich jeńców, powołując się na polskie pochodzenie, wstępowało do Armii Andersa... Gdyby więc nie dziwny przypadek z moim wejściem do portu, ojciec przez pistolet trafiłby zupełnie gdzie indziej.

Drugi pistolet, angielski, utopiłem w tej samej gliniance, co i ten pierwszy, z Lubelszczyzny.