sobota, 1 marca 2014

Daleko i blisko

Ceglana, Pańska, Dzielna, Grzybowska czy – chyba najbardziej znane - Nalewki, to było centrum żydowskiej dzielnicy w Warszawie, dzielnicy która swą haniebną nazwę - Ghetto - otrzymała dopiero wraz z hitlerowską okupacją. Przed wojną na pytanie: „gdzie mieszkasz?”, Warszawiak żyjący w tamtych stronach, odpowiadał: „na Żydach”. Nie ma stosownych statystyk, ale obserwacje wskazują, że procent żydowskich mieszkańców tamtych okolic zbliżał się do stu. Mieszkali także – i to w dużych skupiskach w wielu innych (szczególnie starszych) dzielnicach Warszawy: na Pradze, na Powiślu, na Starym Mieście, nigdzie jednak nie przyjmując tak przytłaczającej, totalnej większości, jak w tamtych stronach. Pamiętam na przykład sprzed wojny dom na Tamce (Powiśle) pod numerem 25; podwórko tego domu robiło wrażenie wspólnej, żydowskiej izby: okna parterowych mieszkań sięgały bruku, życie toczyło się zarówno we wnętrzach, jak i na powierzchni podwórka, rozmowy prowadzone były z jednego mieszkania do drugiego, zarówno w pionie, jak i w poziomie, była to wspólna powierzchnia i wspólna przestrzeń. Ale sytuacja taka nie musiała powtórzyć się w sąsiedniej kamienicy; tam mogła być większość etnicznie polska; zarówno język, jak i obyczaj mógł być inny. Na Ceglanej, Dzielnej - czy innych podobnych ulicach – tam absolutną większość mieszkańców stanowili Żydzi...


Słodkie wino

Zawody i zajęcia były jak najbardziej zróżnicowane. Rodzina, o której pragnę opowiedzieć, należała do raczej zamożnych, choć nie można jej nazwać „burżujską”. Co więcej – funkcja, jaką pełniła Głowa Rodziny wyznaczała także wysoką pozycję religijną, a więc i społeczną. Mojżesz (Mosze) Hajwentreger był kantorem w miejscowej Bóżnicy, śpiewał pięknie – i mądrze... Żona Bronia (urodzona Singer) prowadziła gabinet kosmetyczny, rodzina była właścicielem działki gruntu w Jeziornej. Mieli troje dzieci: Lucynę, Sylwestra i najmłodszego Henryka, Ten ostatni przyszedł na świat na dwa lata przed wybuchem wojny. Dowodów na dokładniejsze określenie wieku – nie ma. Pewnym potwierdzeniem natomiast może być jedno z dziecięcych wspomnień: siedzą we troje pod kołdrą, a tatełe podaje im maczane w słodkim winie kawałeczki chałki. Jest, oczywiście, szabas. W jednym ze wspomnień Autor wyraża przypuszczenie, że ten wzruszający moment musiał mieć miejsce „jeszcze przed ghettem, bo skąd później słodkie wino i chałka”...
 
Najmniej wiemy o dziewczynce imieniem Lucyna. Może była najstarszym dzieckiem?... Wiemy na pewno, że razem z bratem – Sylwkiem wyprowadzana była przez matkę w pierwszych latach okupacji z ghetta do dzielnic podmiejskich na niezbyt długie okresy wypoczynku i odżywienia. Pobyty takie były, oczywiście, dosyć sowicie opłacane, nie tyle ze względu na koszty utrzymania, ale pochodzenie dzieci. Proceder był możliwy głównie dzięki temu, że Matka wystarała się o pracę w „Szopach”, to znaczy w warsztatach, gdzie naprawiano zniszczone na froncie niemieckie mundury, co z kolei umożliwiało otrzymanie raz na jakiś czas ”Ausweisu”, dzięki któremu można było wychodzić z ghetta i wyprowadzać dzieci. Mały Henryczek leżał jeszcze wtedy w wózeczku...
 
W pierwszych latach okupacji zmarł Ojciec. Sylwek miał wkrótce przystąpić do bar micwy. „Bardzo mu tego zazdrościłem" – wspomina młodszy brat. „Forowano go w nauce, zajmował pierwsze miejsce przy Arce. Grał na skrzypcach i uczył się Talmudu. Pocieszano mnie, że wkrótce będę mógł osiągnąć to samo, co on”. Na razie jednak przed kamienicę na Dzielnej zajechała „buda”, Niemcy wygarnęli i wywieźli wszystkich mieszkańców. Sylwek i Henryk ukryli się na podwórku. Człowiek, który ich znalazł, uwierzył w historię o Ausweisie matki i pozwolił im zostać. Dla Henryka był to pierwszy przypadek „cudownego ocalenia”. Dla Sylwka – ostatni...
 
We wspomnieniach Henryka pojawia się piękny kołnierz z lisa, który miał być przeznaczony​ na chleb czy też na koszty kolejnej wyprawy poza obręb ghetta, który jednak został Matce skradziony. Dowiadujemy się tam, że kolejne wyprowadzanie dzieci poza ghetto na „polską stronę”, „gdzie przez pewien czas nas dożywiano, było opłacane w pieniądzach i złocie; najpierw poszła siostra, potem brat, na końcu ja”. I znów – ta przypadkowa kolejność (związana może z wiekiem) zdecydowała – kto pozostał w ghetcie na śmierć, a kto poza nim, z nadzieją przeżycia.

Gehenna w szufladzie

Henryczka zostawiła matka u ludzi na Mokotowie, którzy przyjęli go przecież tylko na parę tygodni; niestety, nigdy już więcej nie wróciła. Chłopiec, narażony w każdej chwili na śmierć, był również zagrożeniem dla przechowującej go rodziny. Nie mogli go ani usunąć, ani dopuścić do żadnej dekonspiracji. Kryjówkę urządzono mu w szufladzie szafy, do której był zamykany, ilekroć pukał ktoś do drzwi. Chłopiec cierpiał katusze w zbyt małej szufladzie, przeszedł ciężkie zapalenie stawów.

Tymczasem w Warszawie wybuchło powstanie. Bojąc się, że przy wyjściu chłopiec zostanie rozpoznany, przechowująca go rodzina, opuszczając dom wraz z wszystkimi mieszkańcami, zamknęła go w piwnicy. Chłopiec żywił się paroma słoikami przetworów, przeszedł ciężką chorobę, wreszcie wydobył się na zewnątrz.

W ogrodzie spotkał mężczyznę, który zbierał warzywa. Zlitował się nad zabiedzonym dzieckiem, i – w worku, na rowerze - wywiózł go za miasto, ryzykując przejście obok niemieckiej Wachy. Chłopiec dotarł do Pyr i trafił do mieszkania, gdzie zaopiekowała się nim Pani, którą potem, do końca Jej życia, nazywał Babcią...

Pani schowała go pod stołem, z którego zwisała długa serweta, umyła po czym ostrzegła, żeby nikomu się nie pokazywał. Następnie zaprowadziła go do sąsiedniego pokoju i pokazała mu leżącą na zaimprowizowanym posłaniu młodą kobietę, do niedawna sanitariuszkę w Powstaniu, i powiedziała:

- To jest moja córka Wacula, jest chora, jeśli Ją kiedykolwiek spotkasz, możesz Jej zaufać....

Potem były dwa kolejne domy dziecka, w jednym z nich, w górach, spotkały go: harcerka Wacula i jej młodsza siostra - Krystyna. Po długim budowaniu zaufania, namówiły go na przeniesienie się z domu dziecka do Babci, do Warszawy.

Mijały lata w rodzinie, która go przygarnęła. Chłopiec wyrósł już na młodego mężczyznę, kiedy w mieszkaniu na warszawskiej Pradze pojawili się dwaj panowie z dalekiego kraju, opowiedzieli mu szczegóły jego pochodzenia i dzieciństwa, zaproponowali wyjazd, obiecali dobrobyt i opiekę.

Henryk odpowiedział:

- Chcę zostać z Babcią... 

Z Dzielnej na Nebraska Street


No i został. Skończył szkoły, Akademię Teatralną w Krakowie, został wziętym aktorem i lektorem. Ożenił się z piękną i mądrą kobietą - Bożeną, owocem tego związku był syn – Marcin (co łatwo znajduje odbicie w angielskim Martin). Marcin był od początku wychowywany z myślą o wyjeździe w świat. Wybrano mu nazwisko jego rodzonej babki, czyli matki Henryka. W końcu to samo nazwisko nosił, pochodzący z Polski, laureat literackiej nagrody Nobla – Isaac Bashevis Singer...

Marcin spotkał się z ciepłym przyjęciem nie tylko ze względu na dobrze brzmiące nazwisko. Przyjęli go z otwartymi ramionami przyjaciele i koledzy Henryka, którzy przed paroma laty wyjechali z Polski i osiedli, a to w Szwecji, a to na zachodniej półkuli. Przedstawili go rodzinie, osiadłej w jednym z wielkich krajów Ameryki Południowej, co wkrótce skończyło się szczęśliwym małżeństwem z córką rodziny. Tym razem na świat przyszła urocza dziewczynka - Mila, wnuczka Henryka i Bożeny. Szczęśliwi dziadkowie mieli teraz dwie rodziny, dwa domy, dwie ojczyzny. Przeloty przez Atlantyk stały się bardzo częste. Cóż, kiedy nieubłagany los włączył swojąnieodwołalną decyzję – babcia Bożenka odeszła.

 * * *

Ci ludzie byli mi bardzo bliscy. Wiem, że tych uczuć nie da się przenieść przez Atlantyk, ani przez długie dziesięciolecia, że ta historia wymaga zamknięcia. Trzeba jednak wspomnieć również o tych, którzy potrafili podzielić się wszystkim, co mieli; otoczyć miłością, troską i rodzicielską opieką samotne, obce i opuszczone dziecko z ghetta.
 
Póki jestem, będę o Nich świadczył. 

sobota, 15 lutego 2014

Miałem kolegów...

Trudno, żeby człowiek, który przeżył czynnie ponad osiemdziesiąt lat, nie miał zastępów kolegów. Wprawdzie przytłaczająca większość – na cmentarzach, ale przecież – byli... Każda szkoła, każda instytucja, ba – każda redakcja, to były rzesze kolegów; czasami odchodzących bez śladu, czasami zostawiających po sobie skutki wydarzeń, które miały wpływ na moje życie. Raz dobry, kiedy indziej - bardziej niż zły. A przecież mówię tylko o kolegach, a nie o przyjaciołach czy wrogach. Spośród owych zastępów wybrałem dziesięciu mężczyzn, początkowo chłopców, którzy mniej czy bardziej przypadkowo wywarli wpływ na drogi moich losów.

Zastanawiające, że z pierwszej w życiu wspólnoty, to znaczy z pierwszej klasy szkoły powszechnej na ul. Drewnianej w Warszawie, zostało ich aż trzech. Pierwszy – Bogdan Konopka zginął, mając 18 lat, dwaj pozostali – Czesław Szymański i Bogdan G. dożyli późniejszego wieku.

Zacząłem zarabiać na chleb w czasie okupacji, mając 15 lat. Danek był pewnie niewiele starszy, kiedy został przez swego dowódcę skierowany do pracy w zarekwirowanym przez Niemców Wojskowym Instytucie Kartograficznym. Zadanie było proste, ale śmiertelnie niebezpieczne – wynosić mapy.

Spotkaliśmy się, kiedy nie mieliśmy jeszcze po 18 lat - Danek, Czesiek Szymański i ja. Pierwszym ruchem Danka było skontaktowanie nas ze swoją jednostką, jednym z pododdziałów 7 pp. AK „Garłuch”. Zostaliśmy tam do końca, do Powstania. Danek wkrótce przeżył „wsypę”; uratował się, bo tego dnia nie było go w pracy; wieczorem rozmawiałem z Nim długie kwadranse na polach pod Służewcem. Zamierzał schronić się w podkrakowskim miasteczku, gdzie miał rodzinę. Był to wypróbowany sposób: pierwsze kroki polegały na zejściu z pola niemieckiej obserwacji, potem – nowa Kennkarta, ewentualnie meldunek, praca. Pochwalałem Jego plany; nie potrafiłem mu pomóc. Mimo ostrzeżeń i przestróg, Danek popełnił śmiertelny błąd. Pojechał na Dworkową pożegnać się z Matką i Siostrą, wpadł w zastawioną przez Niemców pułapkę. Nazwisko znalazło się na plakacie z wykazem rozstrzelanych. Jego Matkę pocieszano, że ktoś Go widział w pociągu, jadącym na zachód. Nigdy nie wrócił.

Czesław Szymański był jednym z najbliższych moich kolegów. Utrzymywałem z Nim kontakt do Jego śmierci, w końcu lat siedemdziesiątych. Wpływu na moje życie jednak nie wywarł.

Przynajmniej dwa wydarzenia chciałbym natomiast przypomnieć w związku z Bogdanem G. Pierwsze czterdzieści lat naszego życia obfitowało w wydarzenia, ale nie przynosiły one przełomowych momentów. Rok 1966, kiedy – w wyniku wielu przyczyn - „wskoczyłem” na stanowisko wiceprezesa największego wydawcy w Polsce: RSW Prasy i równocześnie szefa zaprojektowanej przeze mnie, a mającej wejść w skład RSW, Polskiej Agencji Interpress, dla której nie było, niestety, dostatecznie wielkiego lokalu. Bogdan w sposób niespodziewany wykonał wtedy ruch niemal decydujący. Pracował w Centralnym Komitecie Stronnictwa Demokratycznego, znał jego zamiary, wskazał mi więc następującą sekwencję: Stronnictwo Ludowe skończyło właśnie budowę nowej siedziby, jego dotychczasową „kwaterę główną”, położoną na ul. Bagatela 14, władze zamierzały przeznaczyć właśnie dla CK SD, nie budziło to jednak zachwytu „demokratów”, ponieważ budynek był dla nich za duży, a to wywierałoby fatalne wrażenie.

- Załatw dla SD, upatrzony przez nich budynek na Chmielnej, a gmach po SL będziesz miał dla siebie, na swoją agencję...
- Łatwo powiedzieć: załatw...

Okazało się jednak, że decydującemu w tych sprawach premierowi Cyrankiewiczowi sojusz z promotorem projektu Agencji Interpress (był nim robiący szybką karierę, ówczesny sekretarz KC PZPR - Stefan Olszowski) odpowiada i... pomysł niespodziewanie poparł. Polityczna Warszawa zamarła z wrażenia.

Druga sytuacja miała wymowę przeciwną... Bogdan od dzieciństwa był fanatykiem gier i hazardu. Kiedy (z mojej poręki) został przedstawicielem Agencji w Londynie, szybko w lokalach hazardowych zdobył przydomek „Mister Be.Ge.” i równie szybko przegrał pieniądze nie tylko swoje, ale i firmowe, czytaj: państwowe. Odwołany do kraju, wylądował na parę lat za kratkami.

Nazwisko Staszka Starowieyskiego poznałem dopiero, kiedy obaj wydostaliśmy się z (krótkotrwałej) niemieckiej niewoli. Byliśmy żołnierzami tego samego plutonu w 7 pp AK, ale znaliśmy tylko nasze imiona i pseudonimy. Kiedy w początkach sierpnia '44 spotkaliśmy się niespodziewanie na peronie dworca kolejowego w Grodzisku Mazowieckim – Staszek okazał się dla mnie niespodziewanym wybawieniem. Starowieyski – to piękne i stare nazwisko, osadzone wśród wielkich posiadaczy ziemskich, a zarazem w świecie kultury. Kiedy spytałem Go, gdzie moglibyśmy znaleźć schronienie, odpowiedział – zaczniemy od Rozalina. Był to rzeczywiście jeden z najbliżej położonych folwarków, gdzie gospodarzył wuj Staszka. Przyjął nas jako byłych powstańców z otwartymi ramionami, ale po niedługim czasie okazało się, że zdobył zezwolenie niemieckich władz na przywiezienie z Warszawy chorej na Heine-Medina dorastającej córki, która od czasu sprzed powstania przebywała w jednym z Warszawskich szpitali. Pojechał więc wyścielonym słomą wozem, no i przywiózł. W domu zrobiło się za ciasno.

Kolejni krewni Staszka – to byli państwo Morawscy, właściciele klucza folwarków Mała Wieś w Grójeckiem. Zostaliśmy przyjęci w pałacowym parku przez będących w naszym wieku synów właścicieli, i skierowani do dwóch różnych folwarków: mnie przypadło miejsce w Łęczeszycach, skąd po paru tygodniach przeniosłem się w Krakowskie, gdzie doczekałem wkroczenia Rosjan. Młodych panów Morawskich spotykałem po wojnie wielokrotnie: starszy Zdzisław przez wiele lat pracował w PAP, młodszy Kazimierz był przewodniczącym jednej z prorządowych, katolickich organizacji społecznych.

Najciekawszą i zarazem najważniejszą znajomością, jaką zawarłem w miechowskim dowództwie Armii Krajowej – był Mieczysław Podkowa, oficer czynny w tym dowództwie. Wiem jednak o Nim niezwykle mało. Poznaliśmy się w kuchni dworu w Topoli, dużego majątku, w którym wówczas (przełom grudnia i listopada 1944) stacjonowała grupa oficerów niemieckich. Szukałem kontaktu z jakimś oddziałem, a nie znalazłszy poparcia w Kazimierzy Wielkiej, szedłem dalej na wschód bez wytyczonego celu. Kiedy w Topoli odmówiono mi noclegu, a ja zacząłem się „stawiać” powiedziawszy nawet, że byłem powstańcem w Warszawie, do rozmowy wmieszał się mężczyzna siedzący dotychczas w cieniu. Wyprosił mnie na dwór i zażądał pokazania Kennkarty. Nie stawiałem dalej oporu, on zaś, zobaczywszy mój dowód z nazwiskiem, najpierw zwrócił mi dość ostro uwagę, żeby bardziej uważać z chwaleniem się udziałem w powstaniu, a potem niespodzianie zapytał:

- Co pański ojciec robił przed wojną?

Zdumiony pytaniem odpowiedziałem, że pracował w Domu Akademickim na pl. Narutowicza. Okazało się, że mój ojciec patrzył „przez palce” na fakt, że student z podkrakowskiej wsi o nazwisku Podkowa od dłuższego czasu nie płaci czesnego, a kiedy wreszcie zwrócił mu na to uwagę, młodzieniec zdobył po pewnym czasie pieniądze i wygrzebał się z kłopotów. Ale wdzięczność dla mojego ojca zachował – jak widać – na długo. Wystarczyło mu to, żeby uwierzyć w moją, autentyczną zresztą, historię ostatnich miesięcy, i zarekomendował mnie na zastępcę dowódcy we wsi Krzyszkowice (gmina Wielgus).

Doczekałem tam wkroczenia Rosjan, a wówczas, za cenę pół litra bimbru, dostałem się wojskową ciężarówką do Krakowa. Co stało się z Podkową – nie wiem. Nigdy Go już potem nie spotkałem.
Historia mojego zajęcia, które uprawiałem do końca czynnego życia zawodowego i które stało się dla mnie czymś znacznie więcej, niż zawodem, zaczęła się zaraz po wojnie. W wyniku serii przypadków znalazłem zatrudnienie w Związku Zawodowym Pracowników Leśnych i Przemysłu Drzewnego; rezultatem moich starań było, że powierzono mi pracę przy przygotowaniu i dopilnowaniu druku dwóch miesięczników: bardziej fachowego „Lasu Polskiego” i polityczno-związkowego „Głosu Leśnika i Drzewiarza”. Wydawało się, że droga stąd do „normalnego” dziennikarstwa jest w ogóle niemożliwa, choć byłem równocześnie studentem polonistyki. Kiedy jeden ze szkolnych kolegów powiedział mi o możliwości pracy w „prasie młodzieżowej”, osoba odpowiedzialna za nabór kadr, oglądając mój wojenno-AKowski życiorys, skwitowała sprawę: "wiecie co, towarzyszu, i dla was, i dla nas będzie lepiej, jeśli zostaniecie tam, gdzie jesteście”... Oznaczało to: trzymaj się z daleka od prasy politycznej!

Aliści – w czasopismach związkowych chałturzył wtedy dobrze ustosunkowany dziennikarz z PAP Zygmunt Rastawicki. Wystarczyło zacieśnić z nim stosunki towarzysko-alkoholowe, a bez trudu znalazł mi „etat” w wydawanej przez Samopomoc Chłopską „Gazecie Rolniczej Chłopi”. Był to tygodnik, uznawany za polityczny i mający uprawnienia do tego, by zaliczać wysługę lat do t.zw. aplikacji dziennikarskiej. Rychło zostałem więc członkiem Związku Zawodowego Dziennikarzy (późniejsze Stowarzyszenie) i – teoretycznie – mogłem ubiegać się o zatrudnienie w każdej redakcji. Teoretycznie, bo czasy były jeszcze „nie te”. Był to początek lat pięćdziesiątych, a zmiany polityczne, również w prasie zaczęły się dopiero po śmierci Stalina w 1953 roku, by kulminację osiągnąć w 1956. Mój „protektor” nie robił zresztą w tym czasie kariery. Popadał w alkoholizm, by w połowie lat sześćdziesiątych położyć pijaną głowę na włączonych, lecz niezapalonych palnikach gazowej kuchenki.
 
Janek Kligert był pierwszym żydowskim dziennikarzem, z którym przyszło mi pracować. Państwowym Wydawnictwem Rolniczym i Leśnym, gdzie obaj się spotkaliśmy, kierował także Żyd, Ignacy Podgórski, syn przedwojennego wydawcy „bryków” z Tarnopola czy Tarnobrzega, oczywiście o zupełnie innym nazwisku. Towarzysz Podgórski miał zwyczaj mawiać na zebraniach, że dopóki w Polsce nie ma prawdziwej partii komunistycznej (a było to około roku pięćdziesiątego) on czuje się przedstawicielem partii. I rządził zarówno wydawnictwem, jak i organizacją partyjną. Kligert natomiast z PWRiL przeszedł do „Trybuny Ludu”, co było niemałym awansem.

Dziś, kiedy zajrzeć do przeglądarki GOOGLE, znaleźć można pod nazwiskiem Jan Kligert liczne publikacje zarówno na temat spółdzielczości produkcyjnej, którą zajmował się w PWRiL, jak i tradycji literatury żydowskiej w Polsce. Czuł się pewnie upoważniony do zabierania głosu na obie grupy tematów: „spółdzielczość produkcyjną” poznał w wydaniu sowieckim, pracując w czasie wojny w kołchozach, w szeregach batalionów pracy, wiedzę o tradycjach literackich wyniósł zapewne z domu. Przetłumaczył na polski i wydał w PIW-ie „Marienbad” Szolem Alejchema. Rzuca się w oczy, że jego dosyć obfita twórczość na oba tematy urywa się nagle w 1967 roku. Kligert pracował wtedy za granicą i – widać wiedząc czego należy oczekiwać w kraju – postanowił nie wracać. Osiadł w Belgii. Ów jego wyjazd, z którego nie wrócił, wiązał się właśnie z naszą znajomością. Kiedy starał się o zgodę na objęcie zagranicznej placówki, redakcja zażądała od niego, aby wskazał kandydata na swego następcę. Wówczas wskazał on... mnie. Zostałem zaakceptowany (był to już okres przemian) i to właśnie było początkiem mojej kariery zawodowej.
 
Następnym jej etapem było przejście do „Sztandaru Młodych”, gdzie, znając sytuację i ludzi, mogłem oczekiwać awansów. Najbliższym moim kolegą – i zresztą autorem pomysłu ściągnięcia mnie do „Sztandaru” był Krzysztof Strzelecki, znakomity dziennikarz i redaktor, który, niestety, nie zrobił osobistej kariery, ani w „Sztandarze”, ani potem. W mojej sprawie zadziałał błyskotliwie. W tak zwanym „ruchu młodzieżowym” na całym świecie panował wówczas piękny zwyczaj, że każdy do każdego mógł i powinien mówić per „ty”. Korzystali z tego, oczywiście, dziennikarze, toteż Krzysztof zwrócił się w tej sprawie do szefa wydawcy „Sztandaru", którym był Związek Młodzieży Socjalistycznej, Renkego: 

- Marian, może byśmy wzięli do redakcji Jurka Soleckiego?
- A kto to jest?
- Co Ty, Soleckiego z „Trybuny Ludu” nie znasz?
- A, to ten, nie wiedziałem! Bierzemy...

Publicysta „Trybuny Ludu” - to była rekomendacja...

Pełniłem kolejno funkcje: kierownika Działu „Sztandar Młodych – Dimanche” (wydanie niedzielne), sekretarza redakcji , a potem - zastępcy redaktora naczelnego. Kierownictwo redakcji składało się wtedy z redaktora naczelnego (Zbigniew Isaak, nazwisko podobno holenderskie) oraz trzech zastępców: Andrzeja Albrechta, Zdzisława Pisia i mojej skromnej osoby. Ponieważ nie miałem ukończonych studiów, otrzymałem od wydawcy propozycję dwuletniego stypendium w Wyższej Szkole Nauk Społecznych, obroniłem pracę magisterską i czekałem na skierowanie do pracy. Andrzej Albrecht uprzednio powołany został do Biura Prasy KC PZPR, a potem otrzymał propozycję wyjazdu na placówkę zagraniczną. Podobnie, jak w przypadku Kligerta, również od niego zażądano kandydata na zwalniane stanowisko. I, podobnie jak wtedy Kligert, zgłosił on moją kandydaturę, która bez oporów została przyjęta. Byłem przecież świeżo upieczonym magistrem, absolwentem WSNS-u i miałem za sobą wieloletnie doświadczenie dziennikarskie. Trudno było kwestionować taką kandydaturę.

Przez pierwsze kilkanaście lat moja praca, zdobywanie kwalifikacji, awanse i przeniesienia – odbywały się poza sferą świadomości kierowniczych kręgów, kształtujących ruch wydawniczy w kraju, na jego treści, jego oblicze. To, co mnie dotyczyło, działo się gdzieś „na dole” i nie miało wpływu na sprawy naprawdę ważne. Opanowałem natomiast pewną umiejętność, która okazała się bardzo pomocna w wytyczaniu dalszej drogi. Chodziło o sztukę przeprowadzania wywiadów z ludźmi ciekawymi, a nade wszystko zajmującymi ważne stanowiska i pozycje społeczne. Mechanizm działania był tu bardzo prosty. Jeśli wywiad podobał się temu, kto go udzielał, jeśli przy tym znajdował uznanie w redakcji i wśród czytelników, przynosił pożytek wszystkim stronom, nie wyłączając dziennikarza, który ów wywiad przeprowadzał. W ciągu pierwszych kilkunastu lat przeprowadziłem sporo takich – notowanych na żywo lub nagrywanych rozmów; miałem więc dość liczne grono przychylnie nastawionych osób na wysokich stanowiskach. Nie to zdecydowało, oczywiście, o dalszym rozwoju sytuacji.

Jedną z najważniejszych  takich osób okazał się dla mnie szef polskiej delegacji na Światowy Festiwal Młodzieży Demokratycznej w Wiedniu, zarazem ówczesny przewodniczący Zrzeszenia Studentów Polskich – Stefan Olszowski. Po pewnym czasie ze „Sztandaru Młodych” zostałem przeniesiony do Biura Prasy KC PZPR, a w parę miesięcy po mnie pojawił się tam w roli kierownika mój znajomy z Wiednia – Olszowski. Jak to się mówi: korzystny układ...

Wkrótce powierzono mi problematykę zagraniczną. Rzucił mi się w oczy „dziwny” stan organizacyjny redakcji, osób odpowiedzialnych za informowanie zagranicy o Polsce – stan rozproszenia. Opracowałem plan zreorganizowania całej służby informacji dla zagranicznej prasy i wydawnictw, sprawa została zatwierdzona na najwyższych szczeblach, w ramach RSW Prasa utworzono specjalną instytucję – Polską Agencję Interpress, powołano mnie na wiceprezesa RSW Prasy i w tej randze powierzono mi kierowanie Agencją.

Spośród bardzo wielu ekscytujących przygód i wydarzeń, jakie mnie wówczas spotkały – chciałbym wymienić trzy. 

Był rok 1972. Warszawę odwiedził wtedy amerykański milioner polskiego pochodzenia – Edward J. Piszek, znany z osiągnięć w popularyzowaniu Polski w USA. Zaproponowałem Mu dostarczenie rękopisu i kompletu ilustracji do wielokolorowej książki encyklopedycznej poświęconej Polsce oraz możliwość jej wydrukowania we Włoszech. Pan Edward zamówił 60 tysięcy egzemplarzy po dolarze sztuka, podkreślił jednak, że swoje plany wydawnicze realizuje we współpracy z Zakładami Naukowymi w Orchard Lake (Michigan), stanowisko więc wobec treści będzie mógł zająć dopiero po wysłuchaniu opinii tamtejszych naukowców. Kiedy po paru tygodniach ponownie przyjechał do Warszawy w towarzystwie przedstawiciela Orchard Lake Center (zresztą osoby duchownej) stanowisko było jasne i proste: ani pan Piszek, ani Zakłady Naukowe nie mogą firmować wydawnictwa historycznego, w którym nie byłoby informacji o agresji sowieckiej 17 września 1939 roku i o zbrodni katyńskiej z roku 1940...

Żeby spełnić ten postulat, musiałem dokonać ewidentnego „przekrętu”: w cenzurze przedstawiony był maszynopis BEZ 17 września 1939 i BEZ Katynia, a do druku i rozpowszechniania mam skierować tekst, zawierający te delikatne informacje. Dotychczas na terenie imperium sowieckiego takiej publikacji nie było. Jawne oszustwo wobec Urzędu Cenzury! Postanowiłem więc jednak poinformować mojego „politycznego szefa” - Stefana Olszowskiego. Kiedy zapoznał się ze sprawą i jej sprzecznymi aspektami, powiedział:

- Ja przecież całej tej historii nie muszę znać. Starania są Twoje, ryzyko jet Twoje, i decyzja jest Twoja. Sorry...

Napisałem te dwie informacje, włożyłem do portfela i postanowiłem polecieć do Mediolanu, gdzie zamierzałem je wręczyć drukarzom. Przed odlotem spotkałem się w Bristolu z moim rozmówcą z USA, informując go o rezultacie moich działań.

- I like You – powiedział na zakończenie rozmowy.
- I like You too – odpowiedziałem.

Książka robiła furorę po obu stronach Atlantyku. Po prostu – nikomu nie przyszło do głowy, żeby przypuścić, że drażliwe informacje są krajowego pochodzenia...

Następne pięć lat spędziłem na placówce korespondenckiej w Wiedniu, a kolejne trzy lata pełniłem funkcję reaktora naczelnego miesięcznika, wydawanego w trzech językach: ”Polnische Perspektiven”, „Perspectiv Polonaise” i „Polish Perspectives”; nie było więc również wersji polskiej, co znakomicie ułatwiało swobodę wypowiedzi i zwalniało z licznych ograniczeń.

Olszowski, który zdążył wyrosnąć na jednego z potencjalnych następców Gierka, został sekretarzem KC PZPR do spraw gospodarczych. Na najbliższym zjeździe wygłosił przemówienie, które, obok „nowych” myśli i haseł, zawierało cały arsenał zużytych „bezpieczników” i wyświechtanych powiedzeń. Pełno tam było „przodującej roli” partii, „przewodniej siły”, jaką był Związek Radziecki, „sojuszu” robotniczo-chłopskiego, „budowy zrębów socjalizmu” - i całej tej mowy-trawy, która zaśmiecała wszystkie oficjalne teksty. Wiedziałem, że spotkam się z zainteresowaniem.

Usiadłem więc i zrobiłem coś, czego w tamtym ustroju robić nie było wolno. Oczyściłem mianowicie tekst jednego z członków najwyższych władz z partyjnej frazeologii, czyniąc go znacznie bardziej czytelnym i przekonującym. Zamierzałem wydrukować go wyłącznie w językach obcych, jako niepodpisany artykuł redakcyjny w naszym miesięczniku. Złożyłem wizytę sekretarzowi KC i powiedziałem, że chciałbym skonsultować tekst związany z Jego wystąpieniem. Po paru stronach lektury Olszowski zaczął się śmiać i powiedział:

- Wiesz, stary, to zupełnie fajny tekst. Taki wolny od pustosłowia...

W latach roku 1979 jeszcze raz wyjechałem do Wiednia i do 1982 pełniłem funkcję dyrektora Instytutu Polskiego. Był to czas rodzącej się „Solidarności”, czas strajku w stoczni, prześladowania i internowania działaczy. Nie kryłem się z moim pozytywnym stosunkiem do „Solidarności”. W pracy Instytutu, w referatach, wygłaszanych w różnych środowiskach Wiednia, łatwo było to dostrzec. Skrócono mi o dwa lata pobyt, odwołano do kraju nie proponując żadnego zatrudnienia i kierując do tak zwanej „rezerwy kadrowej”. Po upływie roku przeszedłem na grubo przedwczesną emeryturę. W 1983 wystąpiłem z partii. W 1989 wybuchła III Rzeczpospolita.

Zaczynała się nowa epoka w życiu kraju. I w moim też.

czwartek, 6 lutego 2014

Wieczór narkomana


Narkomanem jestem od niedawna – od paru lat. Kiedy wykonano na mnie operację pomostowania aortalno-wieńcowego, czyli w 2003 roku (a dziś mamy 2014), okazało się, że oprócz paru leków związanych z ciśnieniem, tętnem, składem krwi – trzeba także pomóc mojemu organizmowi w pełnym wykorzystywaniu pożytków, jakie przynosi sen, nieporównywalny z niczym wypoczynek organizmu w stanie snu. A na to jest tylko jeden sposób – trzeba organizmowi dostarczać stale i regularnie (już do końca!) środek nasenny, który rychło staje się centrum powszedniego dnia, a wraz z nim owo centrum przenosi się bliżej nocy, spędzanej, jak w narkomańskiej pustce – bez snów i marzeń; albo się śpi, albo się człowiek budzi i przechodzi w stan czuwania. Tęskni się za owym usypianiem, za uwalnianiem się od codziennych myśli, dolegliwości i dokuczających bólów, ale także od dążeń, nadziei, rachub i oczekiwań, to nie jest zwyczajny sen – to jest noc narkomana. Oczywiście, dzień staje się bardziej ograniczony, a noc wyrasta do rangi celu marzeń, który ma przynieść Bóg wie co, a przynosi – błogosławioną pustkę. No więc – o nocy narkomana nie ma co pisać; noc jest pusta. Na pewno przynosi odprężenie i wypoczynek dla organizmu, ale to co nazywamy duszą, psychiką – nie budzi się rano wypoczęte i odprężone; uczucie pustki góruje nad wszystkim.
 
Oczywiście, środek nasenny typu nasen to nie heroina, ani nawet nie marihuana, które – stosowane stale - zabijają przecież totalnie. Nasen ogranicza pewnie sprawność działania, ale chyba nie zabija, jeżeli już – to bardzo powoli. Wydaje się, że środek nasenny działa głównie na pobudzenie potrzeby snu, i ułatwia usypianie. W moim przypadku sen spływa naprawdę szybko, a jedno uśnięcie starcza na długo. Nic więc dziwnego, że ten moment urasta w mojej wyobraźni do rangi najprzyjemniejszego momentu w ciągu dnia, a że noc będzie pusta, bez marzeń i snów - nie miejmy przecież nadmiernych wymagań.
 
Natomiast należy, bo to jest najciekawsze, pisać o wieczorze narkomana, o rytuale przygotowań do snu, które obejmują ostatnie kwadranse poza łóżkiem i pierwsze kilkanaście minut w łóżku. Rytuał jest, oczywiście, dobrze znany, każda czynność, powtarzana codziennie, ma swoje miejsce i swoją rolę, a zapomnienie o którejś lub o atrybucie, potrzebnym do jej wykonania, powoduje konieczność przerwania szeregu czynności, a nieraz i wstania z łóżka. Rzecz więc zaczyna się od przygotowania przedmiotów potrzebnych do zorganizowania zabawy, która zakończy się słodkim zaśnięciem. Myślę, że wykonanie pełnego „programu” ma swoje znaczenie dla ukołysania umysłu i wejścia na ścieżkę usypiania. Wspomnę króciutko, że zarówno ze względu na wiek, jak i żądania lekarzy, alkohol został z mojej diety skreślony.

Program zaczyna się od precyzyjnego ułożenia bielizny pościelowej. Przy moich 88 latach wciskający się pod kołdry, a pochodzący z przeciągów, chłód robi bardzo niemiłe wrażenie i pewnie przeszkadzałby w zaśnięciu, gdyby odczuwać go dłużej i bardziej dotkliwie, a przecież zasypiam bynajmniej nie bezpośrednio po (nawet wstępnym) opatuleniu się pościelą. Wtedy zaczyna rozgrywać się rytuał.

Jego sens i przebieg wyznacza persen – środek nasenny, którego połknięcie, a następnie popicie przygotowanym płynem, powinno być (i zazwyczaj jest) ostatnią czynnością przed zaśnięciem.

Zostało ustalone i przyjęte, że wydzielaniu śliny i spływowi persenu ku żołądkowi sprzyja ssanie w tym momencie cukierka; wybrałem więc mój od lat ulubiony karmelek o smaku mlecznomiodowym, produkowany w Niemczech pod nazwą Werthers Original. Dwa takie karmelki co wieczór kładę sobie koło poduszki. Dlaczego tylko dwa? - żeby nie zjeść więcej w czasie snu. A dlaczego aż dwa? - pierwszy zużywam bezpośrednio po połknięciu persenu; a drugi leży sobie, jako „gwarancja dobrego snu”.

Teraz przychodzi kolej na zapuszczenie kropli do (gasnących przecież...) oczu, pociągnięcie warg cieniutką warstewką kosmetycznego wosku, a czasami także zapuszczenie do nosa rozpylonego płynu, zapobiegającego napadom kataru.

Połykanie wspomnianych wyżej karmelków stało się z kolei powodem, dla którego zjadam przed snem dwie-trzy działki... mandarynki. Chodzi o to, żeby kwaśna mandarynka neutralizowała działanie słodkiego Wehrtersa, który mógłby niekorzystnie wpływać na proporcje kwasów żołądkowych. A po co?

Jesteśmy już blisko zakończenia. Ale jeszcze trzeba ów persen czymś popić... Pewien znajomy felczer z miasteczka, w którym mieszkam, pan xxx Kowalski, opowiedział mi kiedyś historyjkę o cesarzu Maksymilianie, którą zasłyszał był ponoć na poznańskim Uniwersytecie. Ów popularny w historii władca słynął rzekomo i z tego, że co wieczór spożywał 2-3 suszone śliwki, moczone w gorącej wodzie, przy czym skutki przechodziły oczekiwania. Spróbowałem i ja cesarskiego przysmaku, Moim osobistym wkładem w monarchiczną tradycję dietetyczną stało się dodanie do zaparzania paru ziarenek suszonych żurawin, co wzbogaca i smak, i kolor. Szklanka takiego naparu służy nie tylko do popicia persenu, ale pozostaje na całą noc i zostaje w jej czasie wypita.
 
Od czego więc jestem uzależniony? - Od persenu, Wehrtersów, mandarynek, śliwek, czy żurawin? Myślę, że od całej tej, cowieczornej ceremonii...

poniedziałek, 9 września 2013

Sto dwudzieste urodziny naszej Mamy

Dziś, 9. września mija sto dwudziesta rocznica narodzin naszej Matki – Jadwigi z Markiewiczów Soleckiej. Nasza bardzo kochana, bardzo dobra i mądra Mama karmiła mnie i mojego starszego brata najbardziej odległymi od siebie opowiastkami z dzieciństwa. Na przykład z około 1905 roku, kiedy Jadzia była jeszcze małą dziewczynką (miała dopiero12 lat), pochodzi opowieść o tym, jak to siedzi sobie latem na balkonie w mieszkaniu na ulicy Browarnej, na warszawskim Powiślu, a z dołu dobiega odgłos dźwięcznego klekotu, jaki wydają końskie kopyta, uderzając o bruk. Po chwili spod balkonu wyłania się wataha kozaków, z karabinkami na plecach, i Mama myśli: „właściwie - po co żyć?” Droga myślenia była taka: kozacy to symbol carskiego terroru, rozpędzania manifestacji, wyłapywania ukrywających się ludzi, batożenia, rozstrzeliwania, symbol rosyjskiego panowania nad Polską; skojarzenia pojawiają się jak na zawołanie. Więc – po co żyć?

Żyła jednak osiemdziesiąt lat. Od Jej śmierci mięło zatem lat czterdzieści...

Na świat przyszliśmy (ja i brat) w Toruniu, gdzie nasz Ojciec pełnił urzędniczą funkcję w zarządzie miasta. Były to ciężkie czasy, wkrótce zaczął się wielki kryzys światowej gospodarki, który nie ominął także i Polski. Sławka urodziła Mama mając lat 31; mnie – w wieku lat 33. Niewiele od nas starsza córka bezrobotnego sąsiada Niemca – Erika -  przychodziła pomagać Mamie „przy dzieciach”. Śmiesznie mówiła po polsku. Jadała z nami obiady i chcąc na przykład powiedzieć: „no, zjedz wreszcie!”, tłumaczyła sobie idiom ze swojego języka i mówiła „no, zrób, co zjesz!”, co z kolei wywoływało kaskady śmiechu naszej Mamy. Często siadaliśmy „po turecku” we czworo na stole pod lampą, Mama czytała na przykład „Sierotkę Marysię...”, w czasie której to czytanki wszyscy (wraz z lektorką) płakaliśmy rzewnymi łzami, albo uczyła nas dni tygodnia, śpiewając:

Ksiądz mi nakazował, żebym nie całował aktorek,
a ja sobie muuuszę uradować duuuszę we wtorek, ta-ra-ra, we wtorek...!”

Potem szły nazwy kolejnych dni, a na zakończenie następowało totalne całowanie. Oczywiście, historia i tu się odzywała. Nasza mama opowiadała nam, jak to spędziła ostatni, głodny rok pierwszej wojny światowej na Lubelszczyźnie, gdzie uczyła wiejskie dzieci czytać i pisać po polsku. Tam pewnego dnia pojawili się Legioniści, którzy (oczywiście – w czasie zalotów...) uczyli tej piosenki Ją i Jej koleżanki. Jedną z najbliższych przyjaciółek Mamy była Zofia z Przybylskich Ossowska. Obie Panie - zgodnie z pełnymi miłości i opiekuńczości rolami, pełnionymi wzajemnie w swoich rodzinach - były nazywane ciociami: ciocia Zosia i ciocia Jadzia; nie dotyczyło to małżonków – nie byli wujkiem Stasiem, ani wujkiem Władziem. Natomiast najszczersza, prawdziwie braterska więź panowała w młodym pokoleniu. Było nas czworo: najmłodsza wśród nas Marysia Ossowska (później – Sędzikowska) i starszy o parę lat od Sławka Zdzicho. Otwierał On potem wśród nas listę poległych: zginął pierwszego dnia powstania. 

W latach wielkiego kryzysu i bezrobocia Rodzice wrócili do Warszawy i zamieszkaliśmy u Dziadków na Tamce, siedem osób w dwóch pokojach z kuchnią. Mama najpierw pracowała jako liczarka korków w żydowskiej fabryczce, potem została telefonistką w Elektrowni Pruszkowskiej. W ramach pracowniczych „przywilejów” uzyskała zainstalowanie w mieszkaniu na Tamce linii elektrycznej i ulgową taryfę... 

Biedna, kochana Mama. Nie miała lekkiego życia. Trudności materialne, kłopoty ze zdrowiem, dwie wojny, powstanie warszawskie, które przeżyła dwukrotnie zasypywana gruzem w piwnicy i które zadało cios straszliwy – zginął w nim 16. września 1944. ukochany, pierworodny, dwudziestoletni syn - Przemysław. Przypłaciła tę stratę parokrotnym wylewem krwi do mózgu, do końca życia nie odzyskała pełnej sprawności. Ojciec wrócił z eskapady wojennej w 1947 roku – po kampanii wrześniowej przeszedł internowanie na Węgrzech, Bliski Wschód, Tobruk, Monte Casino i demobilizację w Wielkiej Brytanii. Opiekował się Mamą troskliwie, aż do Jej śmierci w latach siedemdziesiątych. 
 

środa, 7 sierpnia 2013

Nasze ślady: drzewa

Nasze ślady: drzewa
Dwa pierwsze kasztany - z których wyrosły i przetrwały długie dziesięciolecia dwa piękne kasztanowce - posadziłem, mając piętnaście lat. Miało to miejsce w roku 1940, na ul. Zgierskiej, na warszawskim Grochowie, opodal ściany jednopiętrowego domku, w którym znajdowało się mieszkanko, gdzie zamieszkaliśmy po wysiedleniu z Tamki na Powiślu. Niemcy, wierząc w zwycięstwo, postanowili przeznaczyć tamte tereny na dzielnicę „nur fuer Deutsche”. Zwycięstwo, jak wiadomo, nie nastąpiło, a częste naloty bombowe na dzielnicę, położoną wokół trzech mostów przez Wisłę, kazały okupantom rychło zrezygnować z tych planów. Kasztanowce przetrwały wojnę i następnych lat kilkadziesiąt. Padły ofiarą dopiero wybudowanego w pobliżu kolejnego domu z garażem, do którego wjazd przebiega w miejscu, gdzie rosły.
Długo potem nie miałem okazji sadzenia drzew. W połowie lat siedemdziesiątych, a więc po przeszło trzydziestu latach, na działce przy letniskowym domku w Zalesiu Górnym założyliśmy – wraz z żoną Teresą – niewielki sad. Przed sprzedaniem działki posadziłem jeszcze przy furtce dwa piękne, srebrne świerki.
Następne drzewa sadziliśmy w latach 1985 – 1996 w Pogorzelcu nad Liwcem. Wybudowaliśmy tam najpierw dom, a potem – po jednej jego stronie wyrosły drzewa owocowe, w tym piękny wiśniowy sad, niczym u Czechowa, a po drugiej – kilkadziesiąt (!) sosen. Dziś więc zapewne od łąk nad rzeką dom osłania sad, a od drogi wyrośnięty, sosnowy zagajnik.
Kolejne okazje sadzenia drzew dawały następujące po sobie zmiany miejsc pobytu. W Milanówku zostały po nas liczne drzewa i, obrastające cały taras, winorośle, w Pruszkowie gęsto obsadziliśmy parterowy balkon naszego mieszkania, z widokiem na sadzawki.
Bardzo sobie to cenię, że w miejscach, gdzie żyliśmy, pozostają po nas nowe drzewa. I to nie tylko te, które wyrosły z sadzonek, kupionych u ogrodnika, ale i takie, które zostały uratowane od nieuchronnej zagłady, samosiejki, wyrastające w miejscach nie dla nich przeznaczonych, jak choćby owe sosny w Pogorzelcu.
Od dwóch lat sadzimy drzewa wokół domu w Ośnie Lubuskim, moim na pewno już ostatnim domu, w którym spędzam osiemdziesiąty ósmy rok życia. Udało mi się przesadzić, rosnące między „kocimi łbami” ulicznego bruku, dwie sadzonki: lipy i klonu. Dom nasz stoi tuż przy liczącym ponad sto lat parku, obsadzonym ogromnymi lipami; moja lipka, przesadzana, kiedy jej wysokość wynosiła tyle, co butelka od piwa, dziś przewyższa nawet moją wyciągniętą nad głową rękę. Jesienią jej korona będzie kształtowana na postać kuli, jak to było również z lipami w Milanówku. Posadzony o rok od niej później klonik – nie sięga jej nawet „do pasa”.
Opowiastkę o pozostawionych przez nas w siedmiu miejscach Ziemi śladach – drzewach, chciałbym zakończyć paroma, trochę mnie nurtującymi, pytaniami. Oto przesadzony na Boże Narodzenie ponad trzymetrowy świerczek został pozbawiony swego „czuba” - obrośniętego igliwiem pręta, sterczącego spośród otaczającej go najwyższej „kondygnacji”, rozłożonych w koło gałązek. Po paru miesiącach jedna z tych gałązek „przejęła funkcję” czuba, zmieniając swe położenie, czyli przyjmując postawę pionową, stercząc ku górze. Była to swoista erekcja, której nie wykonały jednak pozostałe gałązki, zachowując dotychczasowe położenie. Co wydało takie polecenie? Co wybrało tę, a nie inną gałązkę? Czemu służy czubek świerka, wskazujący nieboskłon? Co dyktuje taki, a nie inny, kształt rozwijającej się rośliny?
Kto wie – może zechce odpowiedzieć...

środa, 31 lipca 2013

Jak długo jeszcze ...

Jak długo jeszcze...


Pokolenie starców. Mój poległy w Powstaniu Brat w przyszłym roku miałby lat 90. Jak zwykła mawiać nasza Mama, która wiadomość o Jego śmierci opłaciła trzema wylewami krwi do mózgu i nieprzytomną troską o mnie - „pozostał wiecznie młody”. Wiceprezes Związku Powstańców Warszawskich – Edmund Baranowski jest starszy ode mnie o rok, a - na przykład - zmarły przed paru laty filozof Leszek Kołakowski był o rok ode mnie młodszy. Wspomnienie o Nim nasuwa mi pytanie – co decyduje o tym, że człowiek nie zatrzymuje się zbyt szybko w rozwoju intelektualnym, ale wyprzedza innych, wybija się na coraz wyższe poziomy myśli, refleksji, wiedzy. Może w Jego przypadku liczyło się to, że urodził się w Radomiu, że był wolny od powstańczej traumy. Dlaczego ja, żołnierz Powstania, ze świadomością przestrzeloną powstańczą tragedią, z przygniatającym poczuciem przegranej, klęski, krzywdy, niespełnienia – musiałem zatrzymać się tak wcześnie, przerwać na wiele lat studia, zatopić się w bieżącym życiu, a On parł myślą do przodu, jak łódź, rozbijająca przeciwne fale, gromadząc przemyślenia, pisząc, ucząc, walcząc o swoje racje...
W kolejną rocznicę Powstania mnożą się refleksje. Dziś mija rocznica sześćdziesiąta dziewiąta. „Okrągła” - siedemdziesiąta – da okazję do szczególnie obfitego wylewu komentarzy, tyle tylko, że gwałtownie się kurczą szeregi uczestników i naocznych świadków.
Poetka Anna Świrszczyńska w chwili sierpniowego wybuchu miała 35 lat, zmarła w wieku lat 75. W powstaniu była sanitariuszką, budowała barykady, zapamiętała. Chciałoby się, żeby każdy, kto przeczyta Jej słowa, usłyszy, co ona słyszała, zobaczy, co ona widziała. I niech powtarza za nią:


Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.


Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy.


Jej słowa są mściwe, złe, pełne potępienia. Nie wspomina o wykonawcach zbrodni, dokonanej na Mieście, sprawcach setek tysięcy śmierci. Jej gniew, żądanie refleksji i przysięgi: „Już nigdy więcej w dziejach narodu...” kierują się do tych, „co wydali pierwszy rozkaz”. Można wyliczyć ich po nazwisku, robią to historycy, ale też - jak czyni to Poetka – potępić. I ostrzec: jeśli z tych czy innych przyczyn ponosisz odpowiedzialność za losy kraju, narodu, nawet jeśli skutki twojej decyzji będą mniej doniosłe, niż „tych co wydali pierwszy rozkaz”, pamiętaj o skutkach... Gazeta, pisząc o rocznicy, daje tytuł: ” Ani żałoba, ani święto”. Ja bym powiedział i żałoba, i święto. Poległych.
Ileż to jeszcze lat przyjdzie mi żyć w roli - naraz – krytycznego świadka, rzeczowego dowodu, nie daj Boże sędziego.
Leszka Kołakowskiego wspomniałem nie bez powodu. Napisał On, a „Znak” wydał (i to dwa razy) książkę pod tytułem „Jeśli Boga nie ma...” Moim zdaniem jest to niedobra książka. Przede wszystkim Autor nie daje podstaw do sformułowania odpowiedzi na pytanie wynikające ze zdania warunkowego, zaczynającego się od „Jeśli...” Jeśli Boga nie ma - to co? To co z tego wynika? To co jest? Nie daje też kategorycznej odpowiedzi, a nawet wręcz nie dopuszcza pytania: czy Bóg jest? Takie ustawienie, a właściwie – zawieszenie - problemu wyklucza możliwość rozumowania, które jest mi najbliższe, a które można by sformułować w następujących niewielu słowach.
Wszystko, co istnieje, istnieje w naszej świadomości, jest odbiciem naszego intelektu, posługującego się zmysłami i tym, co one „postrzegają”, rejestrując jakże liczne informacje: temperaturę, odległość, dotyk, zmiany, jakie przynosi czas i wiele, wiele innych. Same pojęcia czasu, przestrzeni, kosmosu, materii, idei - są już efektem pracy ludzkiego intelektu, są więc względne; pojęcia te ulegają zmianom, bywają odrzucane, tworzone są nowe, odkrywane są te, które dotychczas były nieznane... Jest to więc nasz, ludzki świat. Jeśli nie ma obserwującego człowieka, nie ma i obserwowanego, przeżywanego, współtworzonego świata. Skąd w umyśle ludzkim takie niezwykłe zdolności, nieznane żadnemu ze znanych nam gatunków? A, Bóg raczy wiedzieć!
Niektórzy mówią, że jest to wynik niezwykle długiego rozwoju, poprzedzonego rozwojem gatunków, z których człowiek się wywodzi i ma z nimi wiele cech wspólnych, ponoć reliktów po przodkach. Miała też nastąpić gwałtowna i przemożna ingerencja w rozwój człowieka, wyróżniająca go z reszty świata. Pewien niedawno zmarły polski uczony twierdził, że była to ingerencja z kosmosu, że kosmici przekazali nam – ludziom pewne geny, których nie ma żaden z poprzedzających nas gatunków. Wskazywał nawet miejsce kosmicznej katastrofy na kontynencie afrykańskim, gdzie – jakoby – można znaleźć jakieś szczątki, zawierające te pozaziemskie geny.
„Wiara szuka rozumu”. „Boga nikt nie widział”. „Wierzę, bo jest to absurdem”. Są to wszystko sentencje (a jest takich wiele więcej) z fideistycznego, katolickiego zasobu myśli. Wiara szuka rozumu, żeby potwierdzić swoje „prawdy”, swoje „wierzenia”. Wiara jest łaską, kto jej nie dostąpił, ten nie ma wiary. Samo pojęcie „łaski” zakłada, że Ktoś jej udziela, tylko, że już ktoś inny, w imię Nieznanego, ją objawia. Więc „objawienie” - to dzieło człowieka. Wiara i rozum, to dwa odrębne pojęcia, z dwóch odrębnych porządków. Wiara, nadzieja i miłość. Rozum: religia albo ateizm. Doktryna, zasady, przykazania, reguły - lub ich odrzucenie, czy zmiana. I tak powinno pozostać: rozdzielone, rozłączne, choć wzajem dostępne, ale niezastępowalne dwa porządki: rozumu i emocji, uczuć i doświadczenia, sporu.
Ta pętla myślowa zawisła nad moją głową po klęsce Powstania, śmierci brata, utracie nadziei na zapanowanie porządku, w którym dobro, panuje nad złem, w którym jest Bóg, a ja mógłbym w Niego wierzyć. To już prawie siedem dziesiątków lat. Czy muszę dożyć spełnienia się siódmego?

niedziela, 28 lipca 2013

Partyzanckie wszy

Że Czesław Miłosz wielkim poetą był – to wiadomo. Że obok Reymonta i Szymborskiej figuruje wśród polskich noblistów – też nie nowość. Dzieci uczą się o Nim na lekcjach polskiego, a studenci na polonistyce. Nikt natomiast nie może wiedzieć - bo i skąd? - jakie to geograficzne przypadkowe zbiegi okoliczności wpisane zostały w życiorysy: wielkiego poety i... mój.
W poetyckiej twórczości Miłosza co najmniej dwa razy pojawia się Tamka, jako jedna z nielicznych ulic Warszawy. W latach przed wybuchem wojny mieszkał na Powiślu, w najbliższym pobliżu Tamki. Ja mieszkałem wręcz na tej ulicy, w zaułku, prowadzącym ku bramie klasztoru Sióstr Szarytek, tuż pod Skarpą Wiślaną.

Miłosz, który jest znany z niechęci w latach wojny do „spadkobierców sanacji”, do młodych, związanych z Konfederacją Narodu, poetów zwanych później „wyklętymi' , do Armii Krajowej i podziemnego państwa. Musiał nie mieć nawet kontaktów ze środowiskiem AK-owskim, bo wybuch powstania zastał go z żoną na ulicy Mokotowa, skąd schronili się na Okęcie. A ja właśnie na Okęciu zameldowałem się w „Domku Cytlinga” na ulicy Słowiczej; mój pułk – 7 pp AK „Garłuch” miał opanować lotnisko, moja kompania – atakować bloki, gdzie stacjonowali SS-mani i żołnierze Luftwaffe. Tylko, że broni nie mieliśmy...

Miłosz z Okęcia przeniósł się do podwarszawskiej wioski, gdzie przebył parę tygodni.

Ja, po kilkunastu dniach tragicznych i dramatycznych przeżyć, wyskoczyłem z niemieckiego pociągu i parę tygodni przebywałem także pod Warszawą, korzystając z opieki i łaskawej gościny u p. Pstrokońskiego w Olesinie, czy państwa Morawskich w Małej Wsi. Potem - via Kraków - znalazłem się w Topoli w Miechowskiem, gdzie, przebywający tam Mieczysław Podkowa rozpoznał mnie (przy pomocy obejrzanej Kennkarty) jako syna mego ojca, z którym stykał się przed wojną w Domu Akademickim na pl. Narutowicza w Warszawie. Jak się okazało, był oficerem AK, uwierzył, że złożyłem przysięgę w „Garłuchu”, że jestem kapralem po szkole podoficerskiej, po czym skierował mnie do oddziału we wsi Krzyszkowice, w gminie Wielgus.

Czesław Miłosz nawiązał listowny kontakt z Jerzym Turowiczem i resztę okupacji spędził w jego majątku Goszyce, w gminie Luborzyca, geograficznie rzecz biorąc, w połowie drogi między Krzyszkowicami, a Krakowem. Kiedy opisuje wejście oddziału sowieckiego po ruszeniu styczniowej ofensywy, widzę taką samą scenę, którą przeżywałem dwa, trzy dni wcześniej.

Wkrótce obaj, niemal w tym samy czasie, znaleźliśmy się w Krakowie. Ale tu geograficzne zbiegi okoliczności się kończą. Dała o sobie znać przepaść między losami świetnie ustosunkowanego i znanego już poety, a zaplątanego w AK-owskie ścieżki, zmieniające się gwałtownie w bezdroża. Miłosz pisał, wydawał, działał; w gronie literatów spotkał się z Bierutem, Osóbką- Morawskim i towarzyszącym im rosyjskim generałem. Wspomina w „Zniewolonym umyśle” jak to w Krakowie pracowali wraz z Jerzym Andrzejewskim nad scenariuszem w pomieszczeniu Warsztatu Filmowego Młodych, którego okna wychodziły na podwórko Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego: „Zauważyliśmy na parterze, w zakratowanych oknach, dużo postaci młodych mężczyzn (...) obserwowaliśmy ich, milcząc. Byli to, jak łatwo było odgadnąć, żołnierze armii podziemnej ...” Autor znakomitej „Biografii Czesława Miłosza” - Andrzej Franaszek stwierdza: „Trzeba przyznać, że jest w tej scenie coś złowrogiego. Dwaj pisarze, którzy w milczeniu przyglądają się niewinnym mężczyznom, zaludniającym więzienie powstającego państwa . Jeden z nich napisze wkrótce skłamaną książkę. Drugi przez sześć lat nie zdecyduje się na otwarty protest albo chociaż usunięcie się w cień. Będzie natomiast walczył o to, by wyrwać się z saka”.
 
utor „skłamanej książki” to Jerzy Andrzejewski. Sześć lat „walczył” o wyrwanie się z saka - Czesław Miłosz.

Kiedy, w przeddzień sowieckiej ofensywy, krążącemu po wsiach i okolicznych lasach oddziałkowi, trafiła się możliwość noclegu w chacie na słomie, obejrzałem w świetle ogarka zdjętą z siebie koszulę; roiły się na niej wszy.